Na zimno
Trylogię „Millenium” Stiega Larssona uwielbiam. Pochłonąłem ją w ciągu jakiegoś tygodnia z kawałkiem. Z nadzieją podszedłem do szwedzkiej ekranizacji i ze wstrętem wyłączyłem po 10 minutach. Odczucia jakie mi towarzyszyły pokrywają się z grubsza z tym o czym napisała Sporothrix
Dlatego z dużym niepokojem czekałem na amerykańskie podejście do przeniesienia na ekran „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” z Danielem Craigiem w roli głównej. Pozytywnie nastrajała perspektywa reżyserii Davida Finchera (The Social Network!) niepokoił właśnie wspomniany Craig i to jak poradzi sobie z przedzierzgnięciem się z roli najbardziej znanego z Agentów Jej Królewskiej Mości w prowadzącego mozolne śledztwo Blomkvista.
Śpieszę donieść, że zarówno on jak i wcielająca się w Lisbeth Salander Rooney Mara dali radę. Craig jest tu wyciszony, skupiony, nieco fajtłapowaty ale przede wszystkim wiarygodny. Nie szarżuje, daje się w nim zobaczyć książkowego redaktora „Millenium” W Salander w wykonaniu Rooney Mary widać podskórną wściekłość, desperację, zimną skrupulatność przy minimalnej emocjonalnej ekspresji. Gdy w końcu te emocje okazuje, robi to również w świetny sposób.
Film ma tytuł taki jak amerykańskie wydanie pierwszej części trylogii Larssona. I o ile w przypadku książki można to ulec za daleko idącą ingerencję w dzieło (poprzez przeniesie akcentów) to do filmu pasuje już zdecydowanie bardziej. To co, przynajmniej w moim odczuciu, czyni książki Larssona czymś więcej niż tylko kryminałem o dobrze opowiedzianej historii to tło, kontekst w jakim się ta opowieść rozgrywa. Mamy tu m.in portret współczesnego społeczeństwa wraz z jego stosunkiem do kobiet, przemocy, tajemnic i wiele wiele innych na wielu różnych poziomach (tu znowu odsyłam do notki Sporothrix). W filmie, niestety, jest tego zdecydowanie mniej. Scenariusz skupia się bardziej na postaciach pierwszoplanowych i intrydze, w której uczestniczą. Tło jest nieco bardziej schematyczne, delikatnie zarysowane. Rodzina Vangerów, którą odbierać można, jako symbol szwedzkiego ( i nie tylko) społeczeństwa, w obrazie Finchera jest ledwo widoczna. Być może nie dało się tego pokazać inaczej, chcąc zachować jakieś tempo i przyswajalność dla przeciętnego zjadacza popcornu, tej opowieści (i tak film trwa 160 minut) Jeżeli powstaną ekranizację pozostałych dwóch części, to ze względu na ich specyfikę to co jest najlepsze w powieściach Larssona może być pokazać łatwiej.
Jednakże dzieło Finchera ogląda się naprawdę dobrze. Przyciąga, takim specyficznym, zimnem, ascezą (na tym wyłożył się Polański „W autorze widmo”) Udało się, w jakiejś części, klimat książek odzwierciedlić. Twórcy mieli do dyspozycji dobrą historię, na całe szczęście, nie próbowali jej udziwniać czy też zbyt wiele dodawać od siebie. Dzięki temu powstał całkiem przyzwoity film. Takie 7/10
Noworoczne postanowienia
Koniec jednego a początek kolejnego roku to często okazja do podsumowań tego co wydarzyło się w ciągu mijających dwunastu miesięcy oraz do rozważań nad tym co może się wydarzyć w trakcie kolejnych. Gdy refleksje te dotyczą życia osobistego, zdarza się, że większe lub mniejsze niezadowolenie w różnych, ważnych dla siebie obszarach życia, zachęca do czynienia postanowień i podejmowania decyzji o wprowadzaniu zmian. Pierwszy dzień stycznia staje się wtedy, punktem zwrotnym, od którego wszystko (a przynajmniej bardzo wiele) ma być teraz inaczej.
Będę mniej palił, więcej się uczył, efektywniej wykorzystywał wolny czas, sensowniej dobierał sobie partnerów, schudnę, zmienię pracę, czy też będę po prostu bardziej szczęśliwy. Te postanowienia dotyczyć mogą właściwie każdego obszaru i być bardzo szczegółowymi lub niezwykle ogólnymi. Całą ich listę można znaleźć choćby tutaj.
Według badań 36 procent z nas wraz z mijającym rokiem podejmuje decyzję, że od stycznia coś w swoim życiu zmieni. Całkowity sukces w ich realizacji osiąga 11 procent badanych, 14 procent zadeklarowało, że nic z tego co sobie założyli, nie udało się im osiągnąć, zaś 70 procent zaobserwowało „częściową” skuteczność.
Wszystko co użyteczne jest dobre. Jeżeli dla kogoś, zmiana cyferek w kalendarzu, ma rzeczywiście tak duże znaczenie, że motywuje do wprowadzania zmian bardziej niż jakikolwiek inny moment w roku to świetnie. Warto jednak, aby przynajmniej zminimalizować prawdopodobieństwo rozczarowania, poczucia porażki czy też niedosytu, zabrać się do planowania zmian w nowym roku z głową.
To, co chcemy osiągnąć w rozpoczynającym się niebawem roku, potraktować można jako cele do zrealizowania. Ich odpowiednie sformułowanie ułatwia ich realizację. Pomocne jest wykorzystanie do stworzenia sobie celów tzw. zasady S.M.A.R.T. Wedle niej dobry cel, to taki który jest
Specyficzny – czyli inaczej mówiąc konkretny, jasno określony.
Mierzalny – dający się wyrazić w liczbach; odpowiadający na pytania: ile czego chcę? po czym poznam, że udało się go osiągnąć? na jakim etapie jego osiągania jestem?
Osiągalny (Attainable) – czyli realistyczny, pozostający w zasięgu możliwości.
Istotny (Relevant) – ważny, znaczący, jego osiągniecie musi faktycznie coś zmieniać, przynosić korzyści, stanowić krok naprzód
Terminowy – dający określić się w czasie, mający określony czas realizacji
Przykładem celu sformułowanego w myśl tych zasad może być: Do końca 2012 roku będę potrafił przebiec 20 km. To oczywiście, cel ogólny – by skutecznie do niego zmierzać należy wyznaczyć sobie bardziej szczegółowe cele pośrednie, których osiąganie zbliżać, krok po kroku, będzie do tego sobie obranego.
Dobrze określony cel – a także wiodące do niego cele pośrednie – sprzyja utrzymywaniu motywacji do dążenia do niego. Jednakże na drodze tej mogą się pojawiać większe i mniejsze kryzysy. Skorzystać w takiej sytuacji można z techniki pochodzącej z Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązniach. Polega to na zadaniu samemu sobie kilku pytań.
Warto zacząć od stworzenia sobie w głowie skali od 1 do 10, gdzie 1 to moment w którym następuje podjęcie decyzji o wprowadzeniu zmian czy też wyznaczenie sobie celu, zaś 10 to ta chwila, w której cel zostaje osiągnięty (np. potrafię przebiec 20 km, bez zatrzymywania się). Pomocne jest wyobrażenie sobie tego co się będzie działo gdy ten cel zostanie osiągnięty, co będzie innego niż jest teraz. Tutaj ważna uwaga: ten obraz należy formułować w kategoriach pozytywnych czyli np: będę bez zadyszki wchodził na ósme piętro, będę miał więcej energii do działania itd a nie, że nie będę się męczył zdobywając to piętro czy też, że nie będę tak bardzo zmęczony jak teraz. Im bardziej szczegółowy obraz tego jak nasze życie wyglądać będzie po osiągnięciu celu tym więcej wytrwałości, motywacji do działania.
Na wspomnianej skali, określamy gdzie jesteśmy na ten moment. Jeżeli jest to powiedzmy 3 (co może oznaczać np. że potrafię przebiec 3 km) to pytania, które warto sobie postawić to: w jaki sposób udało mi się to osiągnąć? co było dla mnie pomocne? w jaki sposób poradziłem sobie z przeciwnościami? co z tego mogę wykorzystać w dalszym działaniu? co jest innego niż gdy byłem na 1? jakie ogólne zmiany się z tym wiążą? I dalej: po czym bym poznał, że na tej skali jestem w punkcie, powiedzmy, numer 6? Następnie zadać sobie podobne pytania jak poprzednio.
Może się to wydawać nieco dziwne, lecz naprawdę bywa pomocne. Sprzyja bowiem koncentracji na posiadanych przez siebie zasobach, umiejętnościach, dotychczasowych sukcesach, daje również perspektywę na przyszłość.
Niezależnie od tego, drodzy czytelnicy blogaska, czy czynicie noworoczne postanowienia czy też nie, życzę Wam, coby 2012 rok był dokładnie taki jaki byście chcieli aby był
Niniejsza notka stanowić będzie podstawę do prezentacji, którą wygłoszę 28.12.2011 podczas Pecha Kucha Night #7 w Koszalinie
W dolinie
Zimno, ciemno, wieje i pada. Samo spojrzenie za okno na przełomie jesieni i zimy nie nastraja optymistycznie. Aura zachęca raczej do tego aby zagrzebać się w pościeli tudzież obserwować świat z perspektywy ciepłego domostwa i kubka z czymś gorącym w ręce. Jest to okres, w którym wielu ludzi częściej niż zwykle skarży się na gorsze samopoczucie, brak motywacji do działania, gdy więcej w głowie pojawia się myśli i nastawień raczej ponurych. Nie jest to oczywiście uwarunkowane tylko i wyłącznie pogodą.
Często – zwłaszcza gdy stan taki trwa dłużej niż kilka dni – pojawia się myśl: to depresja. Za tym podążą cała gromadka skojarzeń i przekonań, które – wtórnie – to samopoczucie pogarszają. Że nigdy już nie będzie dobrze, że jest się bezwartościowym, że właściwie zawsze coś nie grało itd., itp.
Zupełnie naturalne jest to, że czasem czujemy się gorzej. Że czasem nam się nic nie chce, porzucamy to co lubimy robić, stronimy od ludzi, przebywanie z którymi sprawia nam zazwyczaj przyjemność. I to nawet wtedy gdy nie jesteśmy tam gdzie „zimno i pada na to miejsce w środku Europy” Zrozumiałe jest jednak to, że jest to stan niepokojący, mało przyjemny, przeszkadzający.
Kiedy zatem zacząć działać gdy coś takiego obserwujemy u siebie lub kogoś innego? Kluczowe znaczenie mają czas trwania oraz efekty jakie taki stan wywiera na życie. Do kilku-kilkunastu dni, nie ma większego powodu do obaw, i gdy udaje się w miarę normalnie funkcjonować, wypełniać większość obowiązków bez poważniejszych reperkusji dla życia zawodowego czy rodzinnego. Gdy jednak ten czas jest dłuższy i obserwujemy, że zaczyna się zawalanie ważnych spraw to jest to sygnał do działania.
Wielu ludzi, w takiej sytuacji, swoje pierwsze kroki kieruje do psychiatry. Oczekują wypisania leków, które postawią ich na nogi, przywrócą do zwyczajnej formy (lub coś ponadto) Nie mam nic przeciwko psychiatrom (aż się na klawiaturę ciśnie: wielu z nich to moi najlepsi przyjaciele
) sądzę jednak, że równie dobrym, ( a w sytuacji gdy stany takie mają tendencje do powtarzania się, to nawet lepszym) pomysłem jest skorzystanie z usług psychoterapeuty. Terapeuta może pomóc w dostrzeżeniu szerszego tła problemu, zachęcić do zastanowienia się czy przykry stan nie ma czegoś wspólnego z tym co się dzieje w naszym życiu. Przypomina mi się w tym momencie młody chłopak na finiszu liceum, który kilka miesięcy temu spotkał się ze mną parę razy. Jest uczniem bardzo dobrym, pilnym nie mającym nigdy wcześniej jakichkolwiek problemów ze szkołą, uczęszczającym do jednej z lepszych placówek w mieście. Na kilka tygodni przed przyjściem do mnie zaczął mieć problemy w zmotywowaniu się do nauki, co przestraszało go, że nie zdoła się odpowiednio przygotować do matury, co z kolei wywoływało obawę, że nie dostanie się na wymarzone studia. Stał się smutny, wycofany. Po kilku rozmowach sam stwierdził, że to co pomogło mu poradzić sobie z tym stanem to „zwolnienie tempa”, kilka większych i mniejszych zmian w podejściu do nauki, danie sobie czasu na odpoczynek oraz chwili na zastanowienie się nad tym czego właściwie chce i potrzebuje. Czy gdyby, tak jak to początkowo planował, wybrał się do psychiatry i zażywał otrzymane od niego leki, to czy uzyskałby równie dobry efekt? Trudno stwierdzić.
Wtedy gdy problem regularnie powraca to jest to sygnał, że należy zwrócić uwagę na coś ważnego w swoim życiu. W takiej sytuacji leki mogą jedynie „zagłuszyć” te sygnały i utrudnić zajęcie się tym co istotne. W bardzo radykalnym przypadku może być tak
Powyższych słów proszę nie traktować jako rad do zastosowania w każdym przypadku, lecz jako materiał do mniej lub bardziej poważnych przemyśleń
Na zawsze klient
- Może następnym razem spotkamy się na kawie? – mówi klientka wychodząc z gabinetu po ostatniej sesji. – Cześć – rzuca inna widząc swojego terapeutę w pubie.
Kilkanaście dni temu w czasie rozmowy, redaktorka z „Wprost” przypomniała mi sprawę sprzed prawie siedmiu lat, kiedy to, znany terapeuta, Wojciech Eichelberger został oskarżony o złamanie postanowień Kodeksu Etyczno-Zawodowego Psychologa poprzez wdanie się w romans z jedną ze swoich pacjentek (tutaj wyrok Sądu Koleżeńskiego wraz z dokładnym opisem sprawy). Pomyślałem sobie, że to dobra okazja do spisania kilku uwag na temat tego jak wyglądać powinny relacje terapeuty z klientem poza gabinetem oraz po zakończeniu regularnych spotkań.
Gdy spotkania, czy to indywidualne, czy to grupowe, trwają wystarczająco długo miedzy terapeutą a klientem tworzy się pewien rodzaj więzi i bliskości. Wiąże się on z zaufaniem, poczuciem zrozumienia, otwartością i jest warunkiem trwałości relacji terapeutycznej, która z kolei stanowi (praktycznie, niezależnie od nurtu) podstawę skutecznej psychoterapii. Najprościej rzecz ujmując aby klient mógł zyskać to czego od terapii oczekuje, musi ze swoim terapeutą czuć się pewnie i bezpiecznie.
Z upływem czasu, terapeuta staje się dla klienta kimś ważnym, w pewnym sensie bliskim. Dlatego też ważne jest to, w jaki sposób w takiej sytuacji postępuje terapeuta, ponieważ nie jest to relacja równego z równym; psychoterapeuta występuje tu jako profesjonalista, do którego klient przychodzi w konkretnym celu i jest jednym z wielu. Ponadto istnieje tu nierównowaga: terapeuta o swoim kliencie wie bardzo wiele, podczas gdy klient o terapeucie zdecydowanie mniej (ile mniej, to już zależy od nurtu w jakim prowadzona jest terapia). Może stanowić to pole do nadużyć, ze strony terapeuty, tak jak to się zdarzyło w przypadku Wojciecha E.
Zasada jest prosta: żadnych innych kontaktów poza terapeutycznymi zarówno w trakcie trwania terapii jak i po jej zakończeniu. Dlatego profesjonalista, odmówi klientowi wspólnego wyjścia na kawę, nie napije się z nim piwa w knajpie, nie będzie wchodził w układy biznesowe, towarzyskie. Dla terapeuty klient pozostanie klientem nawet jeśli odbyli ze sobą tylko jedno spotkanie albo od zakończenia spotkań minęło wiele lat.
Działa to również w drugą stronę: jeżeli terapeuta nawiązał z kimś relację towarzyską, zawodową lub jakąkolwiek inną (np. udzieliwszy dziennikarzowi wywiadu) to nie może być już nigdy terapeutą tej osoby.
Dla wielu osób jest to trudne do przyjęcia, a trzymanie się przez psychoterapeutę swojej roli często odbierają jako osobistą niechęć z jego strony
EDIT: Na FB zwrócono mi uwagę, że wszystko fajnie, lecz brakuje tu jednoznacznego wyjaśnienia. A jest ono proste: ta zasada jest po to aby zapewnić bezpieczeństwo pacjentowi, którego terapeuta – świadomie lub nie – może nadużyć.
Steve Jobs 1955-2011
Steve Jobs: Bądź głodny, bądź głupi
Pierwsza historia będzie o tym, jak poskładać do kupy te klocki.
Reed College rzuciłem po pierwszym półroczu, ale zanim naprawdę odszedłem, byłem jeszcze półtora roku wolnym słuchaczem. Więc dlaczego rzuciłem uczelnię?
To się zaczęło przed moim narodzeniem. Moją biologiczną matką była niezamężna studentka, która postanowiła oddać mnie do adopcji. Chciała mnie oddać komuś z dyplomem, więc wszystko załatwiono tak, żebym przy urodzeniu był adoptowany przez jakiegoś prawnika z żoną. Tyle że kiedy pojawiłem się na świecie, oni zdecydowali w ostatniej chwili, że wolą dziewczynkę. Więc moi przyszli rodzice, którzy byli na liście oczekujących, usłyszeli w środku nocy: „Mamy dziecko, chłopczyka, chcecie?”. „Jasne” odparli. Biologiczna matka dowiedziała się, że moja matka nie ukończyła college’u, a ojciec nawet liceum, więc nie chciała podpisać dokumentów adopcyjnych. Ustąpiła po paru miesiącach, kiedy moi przyszli rodzice obiecali, że będą mnie kształcić.
Więc po 17 latach trafiłem do college’u. Naiwnie wybrałem uczelnię kosztującą niemal tyle co Stanford i na czesne poszły całe oszczędności moich należących do klasy robotniczej rodziców. Po pół roku uznałem, że to bez sensu. Nie miałem pojęcia, co robić dalej w życiu ani jak miałby mi w tym pomóc college. Siedzę tu sobie i wydaję oszczędności ich życia. Wypisałem się więc w nadziei, że jakoś to będzie. To był koszmar, ale jak to teraz widzę, to była jedna z najrozsądniejszych decyzji w moim życiu. Jako wolny słuchacz mogłem opuścić to, co mnie nie interesowało, a chodzić na te wykłady, które mnie naprawdę ciekawiły.
Nie było łatwo. Nie miałem akademika, spałem na podłodze u kumpla i żeby kupić sobie coś do jedzenia, sprzedawałem po pięć centów butelki po coli i co niedzielę szedłem dziesięć kilometrów do Hare Kriszna na coś gorącego. Ale to było wspaniałe. Bezcenna okazała się większość tego, z czym zetknąłem się, idąc za głosem serca i wrodzoną ciekawością.
Oto przykład.
W Reed College uczono wtedy kaligrafii, chyba najlepiej w kraju. Każdy plakat w kampusie i każda etykietka na szufladzie były pięknie wykaligrafowane. Ja wypisałem się i nie musiałem chodzić na normalne zajęcia, ale postanowiłem zaliczyć właśnie kaligrafię. Poznałem kroje szeryfowe i bezszeryfowe, dowiedziałem się o zmiennych odstępach między literami i zrozumiałem całą wielkość typografii. To było piękne, miało dla mnie historyczny i artystyczny wymiar, było czymś wykraczającym poza naukę, czymś fascynującym.
Nie miałem najmniejszej nadziei na wykorzystanie tego w życiu. Ale wróciło to do mnie, kiedy dziesięć lat później projektowaliśmy nasz pierwszy komputer Macintosh. Zaprojektowaliśmy wszystko na dzisiejszego Maca. To był pierwszy komputer z piękną czcionką. Gdybym nie zapisał się na tamten kurs jako wolny słuchacz, Mac nie miałby tylu krojów czcionek ani proporcjonalnych odstępów. Nie miałby ich żaden komputer osobisty, bo Windows skopiowały to z Maca. Gdybym nie wypisał się wtedy z college’u i nie zdecydował się na kaligrafię, komputery osobiste nie miałyby tak pięknych jak teraz czcionek. Trudno rzecz jasna połączyć spacje, kiedy się było w college’u. Ale to stało się najzupełniej jasne, patrząc wstecz po dziesięciu latach.
Powtórzmy, nie poskładamy klocków do kupy, patrząc wprzód, musimy patrzyć wstecz. Musimy uwierzyć, że łączą się one w naszej przyszłości. Musimy zaufać – że mamy jaja, przeznaczenie, karmę, cokolwiek. Nigdy mnie nie to zawiodło, a zaważyło na całym życiu.
Druga opowieść jest o miłości i stracie.
Miałem szczęście, bo wcześnie odkryłem, co kocham. Projekt Apple zacząłem z Wozem w garażu rodziców – miałem 20 lat. Ciężko pracowaliśmy i przez dziesięć lat Apple urosło z naszej garażowej dwójki do dwumiliardowej spółki z 4 tys. pracowników. Wypuściliśmy właśnie nasz najlepszy produkt – Macintosh – rok wcześniej, a ja właśnie kończyłem trzydziestkę. I wtedy mnie wyrzucili. Jak można wyrzucić kogoś, kto to wszystko zaczął? No cóż. Jak Apple się rozrastało, musieliśmy wynająć kogoś, kto według mnie mógłby razem ze mną prowadzić spółkę i przez rok albo więcej wszystko szło dobrze. Potem nasze wizje przyszłości rozeszły się, poróżniliśmy się. Zarząd stanął po jego stronie. Więc mając 30 lat byłem znów na wylocie. Wszyscy to widzieli. Całe moje dorosłe życie zawaliło się i to mnie naprawdę załamało.
Przez parę miesięcy nie wiedziałem, co robić. Myślałem, że zawiodłem całe pokolenie przedsiębiorców – upuściłem pałeczkę, kiedy oni mi ją przekazali. Spotkałem się z Davidem Packardem i Bobem Noycem, próbowałem przeprosić za to, co spieprzyłem. Byłem jak na widelcu, pomyślałem nawet, żeby dać nogę. Ale nagle zaczynałem coś pojmować – że kocham to, co robię. Nie zmieniło tego na jotę to, co się stało z Apple. Odrzucili mnie, ale ja ich ciągle kochałem. Postanowiłem zacząć od nowa.
Nie wiedziałem tego jeszcze, ale jak się okazało, wywalenie z Apple było najlepszym, co mogło mnie spotkać. Ciężar sukcesu zastąpiła lekkość początku, kiedy nie wie się, co nas czeka. Uwolniło mnie to i wkroczyłem w najbardziej twórczy okres mojego życia.
W następnych pięciu latach stworzyłem spółkę NeXT i kolejną, Pixar, a potem zakochałem się w niezwykłej kobiecie, która została moją żoną. Pixar stworzyła Toy Story, a potem pierwszy komputerowo animowany film z ludzką obsadą i jest teraz najlepszym studium animacji w świecie. Co zabawne, kiedy Apple kupiło NeXT, wróciłem do Apple i technologia, którą rozwijaliśmy w NeXT, jest teraz podłożem renesansu Apple. A Laurene i ja stanowimy świetną parę.
Jestem niemal pewien, że nic takiego nie zdarzyłoby się, gdyby mnie nie wyrzucili z Apple. Lekarstwa są niesmaczne, ale pacjent naprawdę ich potrzebuje. Czasem dostajesz cegłą po głowie, ale nie trać wiary. Wiem na pewno, że przy życiu utrzymała mnie miłość do tego, co robię. Musimy pojąć, co kochamy, tak samo w pracy, jak w miłości. Praca wypełnia większość naszego życia i nie osiągniemy prawdziwej satysfakcji jeśli nie zrobimy czegoś, co uznajemy za wielkie. A zrobić coś wielkiego możemy tylko wtedy, kiedy to kochamy. Jeżeli nie wiemy jeszcze, co to jest, szukajmy tego. Nie ustawajmy. Kiedy znajdziemy to coś, będziemy wiedzieli jak w każdej miłości. I jak w każdym prawdziwym związku, będzie coraz lepiej w miarę upływu lat. A więc szukajcie. Nie ustawajcie w poszukiwaniach.
Trzecia opowieść jest o śmierci
Kiedy miałem 17 lat, przeczytałem: „Gdybyś przeżywał każdy dzień, jakby to był twój ostatni, pewnego dnia okaże się, że miałeś rację”. Zrobiło to na mnie wrażenie i przez następne 33 lata patrzyłem co rano w lustro, pytając się: „Jeżeli to jest mój ostatni dzień, czy chcę zrobić dziś to, co właśnie zamierzam?”. Ilekroć odpowiedź brzmiała za długo „nie”, wiedziałem, że muszę coś zmienić.
Pamięć, że wkrótce umrę, była najważniejszym instrumentem ułatwiającym mi podejmowanie kluczowych życiowych wyborów. Bo niemal wszystko, czego chce od nas świat – nasza duma, nasze obawy przed zbłaźnieniem się i porażką – nikną w obliczu śmierci, a zostaje tylko to, co naprawdę ważne. Pamięć o tym, że zaraz umrzesz, to najlepszy sposób na uniknięcie pułapki, która ci mówi, że masz coś do stracenia. Przed światem stoisz nagi. Nie ma powodu, byś nie podążał za głosem serca.
Rok temu wykryto u mnie raka. Prześwietlenie o 7.30 wykazało guza trzustki. Nie wiedziałem, co to trzustka. Lekarze uznali, że to prawie na pewno rak nieuleczalny i że nie pożyję dłużej niż trzy-sześć miesięcy. Doktor poradził mi, żebym wrócił do domu i pozałatwiał sprawy, co w ich języku znaczy, że mam szykować się na śmierć. Miałem więc powiedzieć dzieciom przez parę miesięcy wszystko, co zaplanowałem na dalsze dziesięć lat. Miałem też pozapinać wszystkie sprawy, żeby rodzinie było łatwiej. Miałem się pożegnać.
Przez cały dzień żyłem z tą diagnozą. Potem była biopsja – wsadzili mi endoskop do gardła, do żołądka i do wnętrzności , igłę do trzustki i wydobyli parę komórek raka. Byłem uśpiony, ale była tam moja żona, która mi powiedziała, że obejrzawszy je pod mikroskopem, chirurdzy zakrzyknęli z radości, bo to był rzadki, operacyjny rodzaj raka trzustki. Przeszedłem operację i mam się dobrze.
Byłem wtedy najbliżej śmierci – mam nadzieję nie bliżej niż w najbliższych dziesięcioleciach. Po czymś takim powiem wam coś, mając nieco większą pewność, niż kiedy śmierć była użytecznym, ale czysto umysłowym pojęciem:
„Nikt nie chce umrzeć. Nawet ci, którzy chcą pójść do nieba, nie chcą umrzeć, żeby tam pójść. Śmierć czeka nas wszystkich. Nikt jej nie uniknie. I tak ma być, bo śmierć wydaje się najlepszym wynalazkiem życia. Śmierć przeobraża życie. Usuwa starych, by dali miejsce nowym. Teraz ty jesteś nowy, ale kiedyś, nie za długo, też będziesz stary i trzeba cię będzie usunąć. Przykro mi, ale taka jest prawda”.
Dano ci czas i nie zmarnuj go, żyjąc cudzym życiem. Nie daj się zwieść dogmatom, co polega na życiu wedle tego, co wymyślili inni. Niech w hałasie cudzych głosów nie zatonie twój własny głos. I co najważniejsze, miej odwagę, by iść za głosem serca i duszy. One jakoś wiedzą, kim naprawdę chcesz się stać. Reszta jest nieważna.
Za młodu przeczytałem porywającą rzecz, „Whole Earth Catalog”, to była biblia mojego pokolenia. Napisał ją facet stąd, z Menlo Park, nazywał się Stewart Brand, ożywił to tchnieniem poezji. To było pod koniec lat 60., przed epoką komputerów osobistych i desktopów – teksty powstawały z użyciem maszyn do pisania, nożyczek i polaroidów. To było jak Google na papierze sprzed Googli – idealistyczna nadprodukcja papieru i pięknych idei.
Stewart i jego ludzie wydawali wielokrotnie „Whole Earth Catalog”, a kiedy wyczerpały się nakłady, wydali jeszcze jedno wydanie. To było w latach 70., ja byłem wtedy w twoim wieku. Na tylnym skrzydełku była fotografia wiejskiej drogi nad ranem, coś, co sama zobaczysz, jeśli się przejedziesz po swoim zadupiu. I podpis: „Bądź zawsze głodny, bądź zawsze głupi”. To było ich cześć, pa, pa. Bądź głodny, bądź głupi. Zawsze tak chciałem. Teraz wy, którzy wkraczacie w nowe pouczelniane życie, bądźcie głodni, bądźcie głupi. Twego wam życzę z całego serca.
przeł. Sergiusz Kowalski
Samodzielność
Co jakiś czas odbieram telefon, przeważnie od matek, zaniepokojonych tym co dzieje się z ich synami lub córkami. „A bo jakiś taki smutny jest ostatnio”, „mam wrażenie, że od jakiegoś czasu jest nerwowa” itp, itd. Zadaję wtedy pytanie: ile lat ma Pani dziecko? Gdy dowiaduje się, że mniej niż osiemnaście, proponuje konsultację rodzinną. Co raz częściej jednak takie telefony wykonują do mnie rodzice osób dwudziesto- a nawet trzydziestoparoletnich. W takiej sytuacji proszę aby to sam zainteresowany spotkaniem w gabinecie się ze mną skontaktował. Spotyka się to z różnymi reakcjami: od natychmiastowego przekazania słuchawki latorośli, przez pełne zdumienia milczenie po zalew tłumaczeniem, dlaczego to nie sam potencjalny klient ze mną rozmawia i żądanie wyznaczenia terminu.
Zasadę, że dorosła osoba sama umawia się na spotkanie z terapeutą uważam za jedną z istotniejszych. Wyznacza to bowiem, moim zdaniem, kontekst całego spotkania i może mieć przełożenie skuteczność terapii, jeśli takowa zostanie zapoczątkowana. Gdy ktoś jest umawiany do psychologa przez kogoś innego (w takich okolicznościach, zapewne również wybór terapeuty jest dokonywany przez tego kogoś) to pojawiać się mogą wątpliwości odnośnie motywacji do wprowadzania zmian i celów do osiągnięcia (określa je ten kto siedzi w gabinecie, czy osoba, która czeka pod drzwiami?) Praca terapeutyczna w układzie jest oczywiście możliwa, lecz zdecydowanie trudniejsza zarówno dla terapeuty jak i dla klienta.
Sytuacja taka, to również źródło hipotez odnośnie charakteru relacji umawiającego i umawianego. Sugerować to może bliski związek między nimi a także pewien stopień zależności. Terapeuta akceptujący takie zlecenie, może wzmacniać zatem tą zależność i działać na szkodę swojego klienta.
Samodzielne umówienie się do terapeuty i przyjście na spotkanie nie jest łatwe. Jednak, w moim odczuciu, podjęcie takiego wysiłku to pierwszy krok do tego, żeby w swoim życiu zacząć wprowadzać zmiany.
Zadaj mi pytanie
Od wczoraj odpowiadam na pytania na wykop.pl. Jeśli chcielibyście się czegoś dowiedzieć, walcie śmiało:-)
http://www.wykop.pl/link/838347/ama-psycholog-psychoterapeuta/
O aktywności
Działam sobie w pewnym stowarzyszeniu. Stowarzyszenie nie jest duże, lecz w moim mieście, w stosunkowo krótkim czasie zrobiło się o nim dość głośno. Grupa ta bowiem, doprowadziła do czasowej rewolucji w centrum miasta. Dzięki akcji „Tak na deptak” najpierw na niespełna dwa tygodnie maja a następnie od początku lipca czteropasmowa ulica Zwycięstwa, przebiegająca przez samo serce miasta zamieniła się w części w deptak. Na krótkim odcinku zamiast samochodów pojawiły się kawiarniane stoliki, działała tam również scena lokalnego centrum kultury.
Pomysł od początku budził mnóstwo kontrowersji. Począwszy od wątpliwości co do płynnego ruchu samochodowego, przez atrakcyjność samego miejsca po brak wiary w to, że coś takiego, na ulicy, gdzie przeważają banki jest w ogóle potrzebne. Tak czy inaczej deptak stanowił pewnego rodzaju przełom. Trzeba bowiem wiedzieć, że o zmianach w centrum miasta w Koszalinie dyskutowano od ponad dekady. Obradowano, tworzono kolejne opracowania, koncepcje, projekty, kończyło się jednak zwykle na tym, że „wszyscy zgadzają się ze sobą a będzie nadal tak jak jest”
Projekt „Tak na deptak” stanowi przełom jeszcze pod jednym względem; otóż bowiem zaskakującą otwartością i chęcią do współpracy wykazały się władze miasta, które proponowanym wizjom dały zielone światło, mimo zmasowanej krytyki. Entuzjazm do zmian wśród włodarzy reprezentujących koszalińską Platformę Obywatelską był tak duży, że decyzja o przedłużeniu czasu trwania deptaka zapadła nieco zbyt pochopnie i bez wystarczających konsultacji z twórcami idei. W efekcie wakacyjna odsłona projektu budzi głównie negatywne odczucia a każdy dzień stanowić może zagrożenie dla pełnej realizacji pomysłu w przyszłości.
Jak to było do przewidzenia, rozpoczęło się poszukiwanie winnych. Pojawiają się wskazania na władze miasta, lecz największy ogień krytyki skierowany jest na stowarzyszenie a zwłaszcza jego lidera. Do tego stopnia, że trudno oprzeć się wrażeniu iż, niektórzy „obywatelscy dziennikarze” nie myślą o niczym innym.
Wśród tego potoku inwektyw, insynuacji oraz dziwacznych fantazji pojawiają się stwierdzenia, że członkami stowarzyszenia włada jedynie chęć zaistnienia, zrobienia kariery, w ostateczności zdobycia ciepłych posadek w Urzędzie Miejskim. Zastanawiam się, skąd to się bierze. Czy tak trudno sobie wyobrazić, że są ludzie, którzy robią coś bo mają jakiś pomysł, plan lub wizję? I starcza im sił oraz czasu na wcielanie tego w życie? Czy wszędzie musi kryć się jakaś doraźna, przyziemna a przede wszystkim namacalna korzyść? Można się z tymi pomysłami nie zgadzać, uważać idee za księżycowe a wizje za rojenia szaleńca. Tylko po co te dziwne sugestie? Żeby krytykujący mógł się lepiej poczuć, łatwiej poukładać, to czego nie pojmuje?
Według badań TNS OBOP z 2010 roku zaledwie 9 procent Polaków należy do organizacji społecznych, zaś 17 procent w jakikolwiek sposób zaangażowało się w działania dla swojej lokalnej społeczności. Ułatwiać to może nieco zrozumienie tego zjawiska: jakakolwiek działalność nie nastawiona na zysk, czy inne doraźne korzyści dla większości stanowić może coś absolutnie obcego i niezrozumiałego.
Śmierć na życzenie
Jest Terry Pratchett jednym z moich ulubionych pisarzy. Ukształtował w znanej części moje poczucie humoru i w mocno utrudnił odbiór „poważnej” fantasy (bo nie do wyrzucenia z głowy jest myśl, że nawet najpiękniejszy, budzący podziw i trwogę, biały rumak może mieć na imię Pimpuś a bohaterski heros rozgarnięcie Cohena Barbarzyńcy i jak tu wierzyć w ważne potyczki bogów gdy ktoś ci uzmysłowił, że mogą prowadzić dramatyczny spór o kosiarkę do trawy z Lodowymi Gigantami) Miałem to szczęście, że gdy liczyłem sobie lat nieco ponad siedemnaście rodzice byli członkami klubu Świata Książki, gdzie co miesiąc można było kupić świeżutkie, pierwsze polskie wydania kolejnych odsłon Świata Dysku. Zdarzało się, że przyniesioną przez listonosza książkę, udawało mi się pochłonąć jeszcze tego samego dnia, w którym została dostarczona.
Terry Pratchett, gdyby zdecydował się na naturalną kolej rzeczy, umarłby dwa razy. Najpierw straciłby pamięć, zdolność kojarzenia faktów, orientację co do siebie i świata. Uleciałby wszystkie jego wspomnienia, powoli świat stawałby się dla niego obcym, groźnym miejscem. Zdany by był na łaskę i pomoc innych. Nie mógłby już o sobie decydować, jego zdolność do kontrolowania się mogłaby poważnie osłabnąć. Dopiero potem, po 10 a może i 20 latach, umarłoby jego ciało.
Terry Pratchett podjął pewną decyzję. O decyzji tej i o tych, którzy zdecydowali się na tą samą drogę nakręcił film. Mocny i ważny.
Jest to opowieść o ludziach korzystających z prawa do wolności wyboru i samostanowienia o sobie. O ludziach, którzy chcą żyć i umierać z godnością. To także historia tych, którzy pomagają gdy wybór brzmi: już wystarczy
Na eutanazję często, zazwyczaj z pozycji ideologicznych, patrzy się jako na przejaw egoizmu, nieliczenia się z innymi, pozostawiania w bólu bliskich. Tymczasem może być całkiem odwrotnie; ludzie, którzy decydują się na szybsze odejście, jako jedną z motywacji podają właśnie, żeby nie być ciężarem dla najbliższych, żeby im również nie dostarczać stałego bólu i cierpienia. Inny stereotyp to taki, że wspomagane samobójstwo (samobójstwo z asystą?) to wybór osób przygnębionych, przygniecionych, bólem i cierpieniem. Tymczasem w filmie Pratchetta widać osoby pogodne, pogodzone ze swoim losem, patrzące na własną śmierć jako wyzwolenie i ulgę
Gdy kończył się film, pomyślałem sobie, że gdyby mi przytrafiło się coś takiego jak jego bohaterom, to chciałbym mieć taki wybór jak oni.
Pytania bez odpowiedzi
Prawie tak samo jak zadawać pytania lubię na nie odpowiadać. Tak się składa, że wiele osób interesuje co do powiedzenia w różnych – mniej lub bardziej poważnych- sprawach ma psycholog. I jeżeli tylko mam poczucie, że mogę coś sensownego powiedzieć, to się wypowiadam; czy to na potrzeby dziennikarzy czy to osób, które uznały, że moje zdanie może być im do czegoś przydatne.
Są jednak pytania, na które odpowiadać nie mogę. Nie dlatego, że mi się nie chce, albo z wrodzonej złośliwości, lecz ze względów etycznych i profesjonalnych. Dotyczy to przeważnie zapytań o konkretne sytuacje, co z terapeutyczno – psychologicznej perspektywy należałoby zrobić lub czego unikać.
W obszarach psychologii i psychoterapii niezwykle mało jest kwestii absolutnie pewnych. Najbardziej adekwatną odpowiedzią na wiele wątpliwości często jest: „to zależy” Dlatego też, należy się wypowiadać, z umiarem, rozsądkiem i pamiętając o tym jak wiele czynników wpływać może na dane zjawisko czy czyjeś zachowanie.
Gdy opisuje się komuś jakąś sytuację, opowiada się o tym ze swojej perspektywy. W jej skład wchodzą obecne w tych okolicznościach emocje, myśli, opis swoich własnych zachowań a także obserwacje zachowań innych osób i interpretacje tychże. Tyle ilu ludzi w określonej sytuacji, tyle różnych perspektyw, czasem bardzo różnych od siebie (porzućcie nadzieję, na tzw „rzeczywistość obiektywną”) Każda z tych osób ma swoją opowieść o sytuacji i głębokie przekonanie o jej prawdziwości.
Gdy jedna z tych osób poprosi kogoś z zewnątrz o jakąś poradę, sugestię czy też wyjaśnienie, przedstawi tylko swoją opowieść i tylko swoją perspektywę. Terapeuta znający tylko opis jednej ze stron i na tej podstawie doradzający, popełnia nadużycie. Są oczywiście, terapeuci, którzy tak o tym nie myślą, lub nie przywiązują do tego wagi, lecz dla mnie to jest niezwykle istotna kwestia.
Dlatego proszę się nie obrażać jeżeli nie odpowiadam czasem na pytania, w oczekiwany sposób








