lip
7
Odmowa
Lipiec 7, 2010 | 6 komentarze
Zdarzyło się jakiś czas temu w Zjednoczonym Królestwie, że pewien psycholog odmówił prowadzenia terapii pary dla dwójki homoseksualistów. Para owa, poczuła się tym faktem obrażona i złożyła na terapeutę skargę dopatrując się w jego działaniach dyskryminacji ze względu na orientację seksualną (cała sprawa miała miejsce w placówce publicznej służby zdrowia). Terapeuta, odmawiając pracy z tą parą, powołał się na swoje wartości (zadeklarował się jako chrześcijanin) i fakt, że poprzez terapeutyczną pracę z tą dwójką mogłyby one zostać w jakiś sposób pogwałcone. Spór ten, znalazł swój finał w sądzie, który uznał terapeutę winnym aktu dyskryminacji.
Cała sprawa weszła bardzo szybko na poziom ideologicznego sporu, w który zaangażowali się kościelni hierarchowie. Padały pytania o to, czy personel publicznych placówek ochrony zdrowia ma prawo do działania zgodnie ze swoim systemem wartości, czy też może zobowiązany jest do pomocy bez baczenia na tą kwestię.
Tymczasem, z terapeutycznego punktu widzenia, moim zdaniem terapeuta ten zachował się jak najbardziej właściwie i profesjonalnie. Na tyle na ile opisują to relacje prasowe, to jedynie linia obrony była niezbyt sensowna i w sumie skazana na porażkę.
Jakakolwiek terapia – indywidualna, grupowa, małżeńska czy rodzinna – jest procesem, w którym pomiędzy terapeutą a klientami nawiązuje się specyficzna relacja; pojawiające się w niej emocje, mogą być bardzo intensywne i zmienne. Dlatego też, tak istotne jest, aby terapeuta podchodził do klienta z odpowiednim nastawieniem. To oczekiwane nastawienie terapeuty jest zróżnicowane w zależności od paradygmatu, w którym pracuje. W sposobie pracy mi najbliższym istotne jest pozytywne nastawienie do klienta, wyczulenie na posiadane przez niego zasoby, ciekawość tego kim jest, jak myśli, funkcjonuje i co oraz w jaki sposób chciałby zmienić.
W pracę terapeutyczną, w dużym stopniu zaangażowany jest system wartości terapeuty, to co on myśli o świecie, sobie samym i innych ludziach; co uważa za dobre a co za złe i niegodziwe – tego nie da się zostawić przed drzwiami gabinetu. Im lepiej tą swoją opowieść o świecie terapeuta ma rozpoznaną tym lepiej dla niego i jego klientów, zaś pewien stopień znajomości samego siebie jest absolutnie konieczny aby w ogóle móc zacząć pracę. To co odróżnia psychoterapeutę np. od księdza, to to, że nie uważa on swojego systemu wartości za jedyny i słuszny, akceptuje to że inni mogą mieć inne i nie ma potrzeby narzucania swoim klientom, własnych zapatrywań na rzeczywistość. Bierze go trochę w taki nawias, nieco się od niego dystansując, ale nigdy całkowicie nie odcinając.
Takie podejście, pozwala na pracę z wieloma klientami, o rozmaitych historiach życiowych, własnych opowieściach i doświadczanych problemach. Pozwala na otwartość, zaciekawienie, rozpatrywanie różnych perspektyw, a także przy okazji na pewnego rodzaju rozwijanie samego siebie.
Zdarza się jednak czasem tak, że w gabinecie pojawia się ktoś, kto z tego czy innego powodu działa na terapeutę w taki sposób, że zdystansowanie się od swojego systemu wartości nie jest możliwe; budzi intensywne emocje, przemyślenia, które trudno jest opanować, zaprasza raczej do konfrontacji niż do użytecznej rozmowy i budowania dobrej relacji. W takiej sytuacji prowadzenie psychoterapii nie jest możliwe, a gdyby się terapeuta na to zdecydował dopuściłby się nadużycia i pogwałcenia zasad etycznych. W takich okolicznościach najsensowniejsze jest szczere powiedzenie o tym klientowi i zaproponowanie udania się do kogoś, kto takich trudności mieć nie będzie. Wyobrażam sobie, że w takiej sytuacji właśnie znalazł się ten angielski terapeuta. Terapia to nie jest zestaw rutynowo wykorzystywanych technik, których można używać bez większych emocji i zaangażowania. Nie ma relacji, nie ma terapii.
Wielu terapeutów ma takie obszary, które dla nich są absolutnie nie do przeskoczenia a co za tym idzie nie podejmują się pracy z pewnymi grupami klientów. Mam kilka koleżanek, dla których nie jest możliwa praca ze sprawcami przemocy seksualnej, inni odczuwają silne emocje gdy stykają się z osobami uzależnionymi od alkoholu. Ba, zdarza się, że terapeucie klient przypomina jakąś ważną osobę z jego życia i relacje z nią, co już prowadzi do trudności w nawiązaniu kontaktu terapeutycznego. Nie spotkałem się z tym osobiście, ale wyobrażam sobie, że i w Polsce są terapeuci, którzy nie podjęli by się pracy z homoseksualistą.
Odmowa ze strony terapeuty z perspektywy klienta może być odbierana dosyć boleśnie. M0że budzić złość, poczucie niesprawiedliwego potraktowania, jeśli się należy jeszcze do takiej czy innej mniejszości to, podejrzenie że jest się dyskryminowanym zapewne pojawia się dosyć szybko. Sam mam podobne doświadczenie: kilka lat temu, w poszukiwaniu nowego terapeuty udałem się do jednej z bardziej doświadczonych psycholożek w moim mieście. Podczas pierwszego spotkania powiedziała: „Zakładam, że nasza terapia nie będzie trwała długo”, co w mojej głowie wywołało ciąg skojarzeń, na końcu którego było stwierdzenie „nie chce mnie, odrzuca mnie” I w efekcie terapii u niej nie rozpocząłem. Z perspektywy czasu, jej nastawienie wydaje mi się całkiem zrozumiałe (miała małe doświadczenie w pracy terapeutycznej z innym terapeutą), wtedy jednak podchodziłem do tego zupełnie inaczej.
Na całe szczęście, zawsze można po prostu iść do innego psychoterapeuty.
cze
23
Ile powinna trwać psychoterapia?
Czerwiec 23, 2010 | 6 komentarze
Wielu psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów za oczywiste uważa, iż psychoterapia aby uznać ją za „dobrą” czy też „właściwą” winna trwać długo. Ten optymalny czas określany jest rozmaicie: od roku-dwóch do kilku lat, w zależności od preferowanego podejścia. Od pewnego czasu zastanawiam się nad tym jak to właściwie jest; ile powinna trwać psychoterapia i czy w ogóle kryterium czasu jest sensowne?
Gdy do mojego gabinetu przychodzi klient, na pierwszym spotkaniu (lub jednym z pierwszych) pytam go m.in o to co jest dla niego problemem, który skłonił go do spotkania się ze mną. Klient definiuje swoją trudność, rozmawiamy o tym chwilę, ewentualnie dokonujemy doprecyzowania a czasem zupełnej jego redefinicji (np. z „mam nerwicę” na „odczuwam lęk gdy…”) I to jest punkt wyjściowy do dalszej wspólnej pracy. Rozumienie, natężenie oraz dotkliwość problemu w toku pracy się zmienia. Często po pewnym czasie problem zanika (lub przestaje być uznawany za problem)albo pojawiają się inne trudności
W końcu następuje jednak moment gdy klient mówi, że załatwił u terapeuty wszystko czego potrzebował. Stoję na stanowisku, że to jest moment, w którym terapeuta powinien najpierw dopytać o strategie radzenia sobie w razie gdyby trudności się pojawiły a następnie oddać w ręce klienta decyzję czy widzi potrzebę dalszych spotkań, a jeśli tak to do czego by się one mu miały przydać. Terapeuta może mieć w takim momencie różne pomysły odnośnie tego, nad czym jeszcze klient powinien popracować, ale decyzje podejmuje sam klient. W moim odczuciu odczuciu jest to sposób na wsparcie samodzielności, aktywności oraz odpowiedzialności za siebie klienta, co zresztą powinno się dziać przez cały czas trwania psychoterapii.
Moment, w którym klient dochodzi do wniosku, że praca z terapeutą może dobiec końca, następuje rozmaicie. Dla, niektórych pojawi się on dopiero po 2 latach regularnych spotkań, innym wystarczą trzy miesiące, a jeszcze innym dwa spotkania. Przez kilka miesięcy pracowałem z panią X; zgłosiła się ona do mnie z bardzo złym samopoczuciem, które pojawiło się po tym jak zdiagnozowano u niej stwardnienie rozsiane i zaczęły jej dokuczać objawy samej choroby oraz skutki uboczne zastosowanego leczenia farmakologicznego. Ta osoba o bardzo żywym usposobieniu, energetyczna, lubiąca i angażująca się w swoją pracę, towarzyska, stała się osowiała, wycofana, przygnębiona i wręcz przygnieciona poczuciem beznadziejności oraz brakiem perspektyw. Po pierwszej z nią rozmowie, miałem przekonanie, że o to czeka mnie długa, żmudna praca terapeutyczna. Tymczasem po ledwo 3 miesiącach pani X powróciła do większości swoich dawnych aktywności, dzięki nowemu spojrzeniu na swoje życie i towarzyszącą jej chorobę, powróciły jej humor, zapał oraz energia. Terapeuta nie był już jej potrzebny – sama doszła do takiego wniosku a mi nie pozostało nic innego jak to uszanować.
Powyższe uwagi odnoszą się do realiów gabinetu prywatnego, do którego ludzie przychodzą z własnej woli i gdzie to terapeuta sam może decydować o tym jak pracuje. W innych kontekstach pracy pojawiają się takie czynniki jak bezpieczeństwo pacjenta/klienta (gdy np. przejawia on tendencje samobójcze lub stosuje radykalną dietę grożącą jego zdrowiu) wymagania instytucji (np. przymusowe leczenie osób uzależnionych) czy też zagrożenie dla innych osób, które w znaczący sposób modyfikują podejście do czasu trwania terapii. Mieszczą się w tym także, metody terapeutyczne, zakładające obligatoryjne „zaliczenie” pewnych jasno sprecyzowanych etapów i określające czas, w którym się ma to zadziać jak i sam czas trwania całego procesu
Generalnie jednak, sądzę, że ten czas trwania psychoterapii winien zostać objęty refleksją przez każdego kto pracuje terapeutycznie a brane za oczywiste założenia typu „minimum 2 lata” należy traktować z dużym sceptycyzmem
maj
26
Polska rodzina przemocą silna
Maj 26, 2010 | 1 komentarz
Ważą się losy ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, o której pisałem jakiś czas temu. Jak donosi gazetaprawna.pl projekt nowego prawa trafił do Senatu, gdzie niektóre jego zapisy zostały ostro oprotestowane przez senatorów
– Na pewno zagłosuję przeciw prawu, które godzi w polską rodzinę – powiedział reprezentujący PiS Stanisław Kogut. Jeśli dobrze zrozumiałem, pana senatora, to jedną z ważniejszych kwestii dla polskich rodzin jest możliwość stosowania przez rodziców różnego rodzaju form przemocy wobec dzieci. Bo – nie oszukujmy się – możemy to eufemistycznie nazywać „dyscyplinującymi klapsami” tyle, że pod tym kryje się po prostu bicie dzieci, stosowanie siły fizycznej wobec tych, którzy nie mogą się bronić, całkowicie zależnych od swoich opiekunów. Taka metoda wychowawcza (zachwalana przez senatora Koguta) ma niby skutkować doskonałym wychowaniem i życiem pełnym sukcesów w przyszłości.
Tymczasem, karanie poprzez bicie, wymuszanie posłuszeństwa przez kary cielesne, dominowanie nad dzieckiem za pomocą siły fizycznej, to metody wychowawcze rodem z 19 wieku, gdy nadrzędną wartością dla rodziców było to aby dzieci okazywały im należny szacunek, pokorę, znały swoje miejsce w szeregu i nawet nie myślały o sprzeciwianiu się. Żyjemy teraz w zupełnie innym świecie, inne są wartości, zmieniły się warunki, do których dzisiejsze dzieci będą się musiały w przyszłości dostosowywać. Potrzebna jest pewna niezależność w myśleniu, pewność siebie, gotowość do eksperymentowania, elastyczność działania. Stosowanie przemocy zaś to źródło strachu, braku wiary w siebie, sztywności w myśleniu, obronnej postawy wobec otaczającego świata. Gdy rodzic przemocą, próbuje coś egzekwować od dziecka, ustawia się na pozycji tyrana, kogoś w rodzaju nadzorcy, wobec którego raczej żywi się strach a nie szacunek, posłuszeństwo opiera się zaś na lęku przed karą. Trudno, w takiej sytuacji, mówić o dobrym przywiązaniu i satysfakcjonujących relacjach rodzinnych. A wyniesione wzorce rodzinne dziecko stosuje potem w innych środowiskach. Członkowie „przemocowych” rodzin zwykle po wielu latach pukają do drzwi gabinetów psychoterapeutów… Doprawdy trudno mi zrozumieć do czego tej mitycznej „polskiej rodzinie” przydawać by się miało przyzwolenie na kary fizyczne
Stawianie granic dziecku, konsekwencja wobec niego, reagowanie na niewłaściwe w ocenie rodziców zachowania jest absolutnie konieczne. Jednak, raczej wyrazem bezradności, bezsilności oraz braku pomysłu na to jak zachowywać się wobec dziecka i wyobrażenia tego jak to może na nie działać jest stosowanie przez rodziców kar cielesnych.
Stoję na stanowisku, że parlamentarzyści, zamiast rozdzierać szaty w obronie 19-wiecznych wzorców postępowania i sugerować iż stanowią one jakąkolwiek wartość dla rodziny, winni wspierać edukowanie rodzin w zakresie efektywnych i bezpiecznych sposobów postępowania wobec dzieci
maj
18
Ciemne zaułki psychologii
Maj 18, 2010 | Skomentuj ten tekst
Wracając ostatnio z Krakowa ( a podróż to długa, bo przy dobrych wiatrach trwająca ponad 16 godzin) zagłębiłem się w książkę Tomasza Witkowskiego, „Zakazana psychologia”. Autor tenże, doktor psychologii, znany jest najbardziej z prowokacji jakiej dokonał kilka lat temu w popularnonaukowych i bardzo poczytnych „Charakterach”. Pod pseudonimem opublikował tam artykuł o rewolucyjnej teorii mogącej mieć ogromny wpływ na psychoterapię. Witkowski jednak teorię wyssał z palca i umiejętnie nadał jej pozory naukowości. Redakcja „Charakterów” dała się uwieść magicznym założeniom i przy okazji dopuszczając się plagiatu, wydrukowała tekst, a także zaakceptowała kolejny, równie absurdalny. Gdy Witkowski całą sprawę ujawnił, „Charaktery” bardziej skupiły się na rzekomej nieetyczności sprawcy całego zamieszania, wybielając się przy tym i zupełnie nie podejmując dyskusji na temat merytorycznych walorów publikowanych przez siebie tekstów. Cała historia wyczerpująco przedstawiona jest w „Zakazanej psychologii”, można o niej poczytać także tutaj.
„Zakazana…” to pasjonująca wycieczka po niechlubnych i wstydliwych rejonach współczesnej psychologii a także psychoterapii. Witkowski przygląda się im z pozycji badacza, zadaje pytania o naukowe potwierdzenia różnych teorii i założeń i niestety w wielu przypadkach okazuje się, że takowych absolutnie brak. Sporo tu również przykładów fałszowania wyników badań (fascynująca opowieść o Cyrilu Burcie i konsekwencjach jego oszustw) plagiatów i innego rodzaju nadużyć. Autor wnikliwie przygląda się także psychoterapii, wskazując na jej niejednokrotnie wątpliwą skuteczność oraz brak wystarczających potwierdzeń dla głoszonych tez. Najwięcej miejsca poświęcone jest psychoanalizie oraz NLP; w tym drugim przypadku Witkowski stawia śmiałe porównanie z mechanizmami rządzącymi sektami…
Obrywa się również samym psychoterapeutom. Autor bezlitośnie punktuje ich nieetyczne postawy oraz działania, wskazuje na możliwe negatywne konsekwencje poddawania się psychoterapii. I w tym miejscu, w moim odczuciu, nieco przesadza nieco histerycznie twierdząc iż psychoterapii należy się wystrzegać, a gabinety psychoterapeutów omijać szerokim łukiem. Z faktu, iż negatywne zjawiska (takie jak uzależnienie od psychoterapii, pozbywanie się odpowiedzialności za swoje życie i przerzucanie jej na innych czy mniej lub bardziej świadome narzucanie przez terapeutów swoich systemów wartości) się pojawiają nie wyciągałbym wniosku, że tak musi się dziać zawsze i w każdym przypadku. Jak w każdej profesji zdarzają się ludzie, którzy nie wykonują go dobrze, ale to raczej pewien procent niż reguła.
Tomasz Witkowski psychoterapii nie lubi, ewidentnie w nią nie wierzy ( po za naukowo zweryfikowaną terapią poznawczo-behawioralną) do czego ma absolutne prawo. Swoje ostrze krytyki kieruje na oddziaływania terapeutyczne rozumiane jako docieranie do traum z przeszłości i szukanie przyczyn problemów w działaniach innych ludzi ( w szczególności rodziców). Proponuje dla psychoterapii alternatywę: rozwijanie tzw. „twardości”, poczucia koherencji, zdolności do radzenia sobie z doświadczanymi trudnościami i przyjmowania odpowiedzialności za swoje zachowania. Bardzo dobrze czytało mi się poświęcone temu fragmenty, gdyż takie cele stawia sobie paradygmat, do którego mi jest najbliżej (teorie systemowe, narracyjne, konstrukcjonizm społeczny).
W „Dodatku” do książki, znajdują się relacje rodzin klientów pewnego gabinetu psychoterapeutycznego z Warszawy, w którym dochodziło do ewidentnej manipulacji i krzywdzenia ludzi. Jak rozumiem, umieszczenie tego tam, miało na celu podkreślenie tego jak groźna może być psychoterapia i psychoterapeuci. Sądzę jednak, że w tym miejscu Witkowski przesadził i sam dopuścił się pewnego rodzaju manipulacji. Odnieść można bowiem wrażenie, że to przykład tego co może spotkać w typowym, w pierwszym z brzegu, gabinecie psychoterapeuty i, że tak właśnie wygląda i do tego prowadzi psychoterapia (zrywanie kontaktów z bliskimi, obwinianie ich oskarżanie, czynna agresja). Tymczasem to raczej dowód skrajnego wynaturzenia i złamania wszelkich możliwych zasad etycznych tego zawodu. Zabrakło mi tu jakiegoś komentarza.
Generalnie jednak książkę polecam wszystkim z czystym sumieniem. Mi jako psychologowi oraz psychoterapeucie, dała wiele do myślenia. 
maj
2
Ta straszna choroba psychiczna
Maj 2, 2010 | 14 komentarze
W papierowym „Dużym formacie” ten tekst, ukazał się zapewne już jakiś czas temu ale ja historię pewnej pani doktor z poznania miałem okazję przeczytać dopiero dzisiaj. Artykuł najwięcej miejsca poświęca skandalicznej postawie poznańskich lekarzy, którzy czy to w imię zawodowej solidarności czy to ze względu na strach przed wpływową lekarką lub z powodu zobowiązań towarzysko-zawodowych przez ponad 10 lat pozwalali aby pacjentami zajmowała się osoba, która absolutnie sobie z tym nie radziła a czasem nawet wręcz im szkodziła.
Zainteresowało mnie w tym jednak coś innego; pojawia się tam mniej lub bardziej wprost twierdzenie iż osoba cierpiąca z powodu choroby psychicznej nie powinna być lekarzem. Przemyka również, historia lekarza, którego koledzy zmusili do rezygnacji z pracy, gdyż chorował na schizofrenię. Przypomina to nieco notki z rubryk kryminalnych rozmaitych gazet, w których co jakiś czas pojawia się stwierdzenie „był leczony psychiatrycznie”
Myślę sobie, że w całej okazałości, tak, że niemal można go dotknąć, widać tu proces tworzenia i umacniania stereotypów. Komunikat jest prosty: kłopot natury psychicznej oznacza niezdolność do wypełniania ról społecznych, wiąże się z zachowaniami dziwacznymi irracjonalnymi czy nawet groźnymi dla otoczenia. Dokonuje się przez to wrzucenia wszelkich problemów tej natury do jednego wora.
Tymczasem mam wrażenie, że wcale tak nie musi być; co raz częściej mam okazję obserwować, że ludzie, u których pojawiają się problemy o charakterze psychicznym, wcale nie wypadają ze swoich ról, ba zdarza się, że będący leczeni przez wiele lat, „wracają” do społeczeństwa. Oczywiście, wymaga to od nich większego wysiłku, ścisłego stosowania się do zaleceń specjalistów, dbania o siebie oraz wsparcia ze strony rodziny i przyjaciół. Ale jest jak najbardziej możliwe. Ponadto warto pamiętać, iż problem, problemowi nie równy – dotykają one codziennego funkcjonowania w bardzo zróżnicowany sposób. Nawet przy tak, poważnej chorobie jak, schizofrenia, możliwe jest w miarę normalne życie.
Gdy jeszcze byłem studentem i odbywałem wolontariat w Kościanie, pewnego dnia na oddział został przyjęty 18-letni chłopak. Młody człowiek ten, nazwijmy go Zygfryd, miał za sobą krótką acz bardzo intensywną przygodę z narkotykami. Jak sam twierdził, brał właściwie wszystko co było tylko dostępne. Zaowocowało to u niego, rozwojem bardzo rozbudowanych urojeń o charakterze prześladowczym, słyszał karząco-nakazujące głosy, zaczął odczuwać paniczny lęk, przestał wychodzić z domu. W takim stanie przywieziono go do szpitala, byłem jedną z pierwszych osób, które miały okazje wtedy z nim rozmawiać (do moich obowiązków należało zbieranie autoanamnezy tzn. wywiadu dotyczącego życia pacjenta, jego sytuacji rodzinnej etc) Tak się złożyło, że miałem okazję obserwować proces jego leczenia przez następne 1,5 roku – po zakończeniu leczenia na oddziale psychiatrycznym, został skierowany na oddział dzienny w Lesznie, gdzie również odbywałem praktyki. W ciągu tego 1,5 roku, Zygfryd, był leczony farmakologicznie, przeszedł terapię indywidualną, uczestniczył przez niemal cały ten czas w terapii grupowej a pod koniec w proces leczenia została zaangażowana cała jego rodzina. W wyniku tego procesu Zygfryd, skończył, przerwaną wcześniej, naukę w szkole średniej, zdał maturę i wybierał się na studia. Przez cały ten okres utrzymał abstynencję, stosował się do reżimu farmakologicznego i terapeutycznego. Wszelkie jego problemy, mimo kilku gorszych chwil, ustąpiły.
Oczywiście, jest multum historii, które nie mają tak szczęśliwego zakończenia, ale i też Zygfryd nie jest jedynym, któremu się udało. Dlatego zachęcam abyście następnym razem, gdy usłyszycie o takiej czy innej chorobie psychicznej u kogokolwiek, nie uruchamiali od razu stereotypów
kwi
29
Co wolno psychologowi, co wolno astrologowi
Kwiecień 29, 2010 | 15 komentarze
Zrobiłam kopię tej strony. Wyciągnę z tego konsekwencje prawne. Psycholog kliniczny, który stawia diagnozy psychologiczne lub psychiatryczne pisząc na blogu o konkretnej osobie, powszechnie znanej z imienia i nazwiska dopuszcza się bardzo poważnego nadużycia. Pan zrobił to dwa razy: w stosunku do Jane Burgermeister, którą uznał pan za paranoiczkę i w stosunku do mnie. Jest to nieetyczne i zasługuje na napiętnowanie. Zawiadomię o tym pana pracodawcę.
Ja z panem więcej dyskutować na ten (ani żaden inny) temat nie będę, jestem umówiona z prawnikiem i dowiem się, jakie mogę podjęć kroki prawne przeciwko panu. Proszę do mnie nie pisać, każdą próbę kontaktu ze mną uznam za najście i napastowanie.
Pozdrawiam
Maria Sobolewska
Pani Maria poczuła się urażona, przedstawieniem jej jako przykładu procesu demonizacji, uznała, że stawiam jej diagnozy psychologiczno-psychiatryczne i tym samym dopuszczam się naruszenia zasad etycznych mojego zawodu. Fakt, przypisanie jakiegokolwiek rozpoznania psychiatrycznego lub wnioskowanie na temat zaburzeń o charakterze psychicznych i ich psychologicznych mechanizmów bez przeprowadzenia odpowiednich badań oraz co najważniejsze bez osobistej rozmowy, jest zaprzeczeniem profesjonalizmu.
Czytałem kilkukrotnie tekst o demonizacji. I już wiem, że popełniłem błąd. Polegał on na niewystarczającym udokumentowaniu, zachowań, które określiłem jako przykłady demonizacji, mimo że materiał jest obfity. Zachęcam do lektury następujących tekstów pani Sobolewskiej
http://astromaria.wordpress.com/2009/12/16/kilka-slow-wyjasnienia/
http://astromaria.wordpress.com/2009/12/15/prosty-sposob-jak-rozpoznac-psychopate/
To tylko, krótki wycinek bujnej twórczości pani Marii Sobolewskiej. Moim zdaniem, teksty te, to przykład tego jak działa proces demonizacji. Zachowane, w większości, są podstawowe elementy, o których pisałem w poprzednim tekście.
Pojęcie demonizacji, to próba opisu pewnych zależności, z określonej perspektywy. Nie stanowi rozpoznania psychiatrycznego, nie jest opisem żadnej patologii. Jako psycholog, jestem głęboko świadom tego, że nie wolno mi oceniać zachowań ludzkich jako patologiczne i powołując się przy tym na swoje wykształcenie i pracę. Żaden kodeks etyczny, natomiast, nie zabrania mi pod pseudonimem, bez powoływania się na bycie psychologiem, wyrażać zupełnie prywatnych opinii na temat tego, że „ktoś sprawia wrażenie szalonego”.
Nie wiem czy astrologów obejmuje jakikolwiek kodeks etyczny, czy mogą mówić co im ślina na język przyniesie. Nie wiem, czy ogranicza ich cokolwiek, po za przyzwoitością. Czytając opinie Marii Sobolewskiej na mój temat, dochodzę do wniosku, że takich granic nie ma. A przynajmniej ona sobie ich nie stawia ferując na mój temat wyroki:
astromaria powiedział/a
@ Sophers: z tobą jest gorzej niż myślałam. Powiem zupełnie szczerze: nie pojmuję, jak taki typ mógł dostać dyplom psychologa i prawo do pracy z ludźmi. Ja z tobą już dyskutować nie będę. Fakt, że posiadasz zerowe poczucie humoru jest objawem, który pozwala mi postawić diagnozę co do tego, co ci dolega. Niestety, tego się nie da leczyć. To właśnie tacy ludzie byli inkwizytorami i tyranami, taki był Hitler, Stalin i paru innych. Tacy ludzie marzą o tym, żeby stworzyć świat “bez żartów”, bo oni żartów nie rozumieją, mało tego, żarty ich przerażają. Dlatego marzą o świecie w stylu “Wielkiego brata” i “Nowego, wspaniałego świata”. Tam na żarty nie ma miejsca, tam panuje śmiertelna powaga, tam dosłownie wszystko bierze się w 100% na serio, bez przymrużenia oka, a co najważniejsze wszyscy myślą “prawidłowo”: dokładnie tak, jak tyrani sobie tego życzą. Gwarantują to mikrochipy i chemiczne sterowanie procesami myślowymi. Amen. Nowy, wspaniały świat, bez teorii spiskowych i BEZ SPISKÓW. Czyż nie do tego dążymy?
astromaria powiedział/a
@ Sophers: jak na psychologa to jesteś moim zdaniem przerażającym i niebezpiecznym facetem, coś jak małpa z brzytwą wpuszczona do klatki z bezbronnymi ofiarami. Wiesz doskonale, że twoja obecna wypowiedź jest taką właśnie psychomanipulacją. Możesz prześledzić całą awanturę z QY, wszystko jest na blogu i nic nie jest ukryte, więc nie wyjeżdżaj mi tu z takimi numerami. Właśnie z powodu tendencji do nieuczciwego dyskutowania byłeś na liście spamerów i możesz na nią wrócić. Jeszcze słowo, a stąd wylecisz.
Trochę obserwuję towarzystwo, w którym się na co dzień obracasz i z którym trzymasz. Nie robię tego regularnie, ponieważ czuję się chora czytając blogi tych strasznych ludzi. Swój do swego ciągnie. Tak się składa, że kilka osób z tej grupy to typowi psychopaci. Nikogo nie wymieniam z nicka ani nie wdaję się w dyskusje z nimi z prostego powodu: starcie z psychopatą kończy się dokładnie tak, jak atak z drągiem na rozpędzony pociąg towarowy. Atak na psychopatę to atak samobójczy. Zastanawiałam się, czy pokazać tu na konkretnych przykładach z tych blogów, jak się przejawia psychopatia, ale zwyczajnie się boję ich zaczepiać. Bo QY to przy nich mała dziewuszka z zielonym badylkiem.
Ocenę postawy pani Marii Sobolewskiej pozostawiam szanownym czytelnikom blogaska, samą panią Marię Sobolewską zaś pragnę poinformować, że na ewentualne rozpowszechnianie kłamstw na mój temat, będę reagował z całą stanowczością i konsekwencją.
kwi
28
Demonizacja
Kwiecień 28, 2010 | 10 komentarze
Kończę właśnie lekturę fascynującej książki: „The Psychology of Demonization. Promoting Acceptance and Reducing Conflict” Haim’a Omera i Nahi Alona. Nabyłem ją dwa lata temu, podczas warsztatów tego pierwszego, w Poznaniu, na których opowiadał o stosowanych przez siebie metodach pracy z tzw. „trudnymi” dziećmi. Książka przeleżała swoje na półce, ale teraz myślę że dostarczy mi tematu na dwie jeśli nawet nie trzy notki.
Omer i Alon zastanawiają się nad tym w jaki sposób ludzie tłumaczą sobie to, że doświadczają cierpienia, problemów i trudności. Rozważają kwestie te na dwóch poziomach: interpersonalnym (gdy za źródło przykrych doznań uznawani są inni ludzie) oraz intrapersonalnym (gdy sami doświadczamy czegoś dla nas trudnego np. problemów natury emocjonalnej i szukamy dla nich wyjaśnienia i rozwiązania) Zaczynają od założenia iż sam fakt doznawania cierpienia, straty czy bólu i strachu jest tak istotny, że człowiek musi go sobie jakoś objaśnić. Ludzie zwykle sięgają po takie wyjaśnienia, które są im użyteczne. Użyteczność ta zawiera w sobie uzasadnienie dla samego pojawienia, się przykrych doznań jak i sposób na poradzenie sobie z nimi.
Wszyscy jesteśmy istotami społecznymi; funkcjonujemy w świecie, rozmaitych dyskursów, opowieści, idei, sposobów patrzenia na świat. Z nich budujemy, nasz własny obraz tego kim jesteśmy, na ich podstawie interpretujemy to co nas spotyka. Nie inaczej jest w przypadku zagrożeń, niepowodzeń oraz rozmaitych konfliktów. Alon i Omer dowodzą iż, jako, że ogólnie pojęta kultura zachodnia jest pod wielkim wpływem narracji religijnej, to często w procesie tłumaczenia i radzenia sobie z przykrymi doznaniami dochodzi do procesu demonizowania. W większości religii oraz wierzeń oraz przekonań mistycznych, zło i cierpienie opisywane jest w sposób szczególny. Na proces demonizowania składają się następujące założenia:
- Cierpienie pochodzi od diabła – zakłada to, że musi istnieć jakaś siła, istota, która zsyła cierpienie, bez jej ingerencji by się ono nie pojawiło. Jest ona zwykle potężna, nieprzenikniona, nie poddająca się wpływom. Na gruncie religijnym doskonałą personifikacją tejże siły jest Szatan. W ujęciu psychologicznym opisywane jest to jako traumy (wczesnodziecięce) prowadzące do rozwoju patologicznych struktur, destruktywnych popędów i negatywnych uczuć (co można ładnie zebrać w pojęcie „zaburzenia osobowości”) Wszystko to zaś, ukryte jest za zasłoną wyparcia i nieświadomości. Współcześnie jako odpowiedzialnych za prowadzące do poważnych problemów traumy określa się rodziców. Poradzenie sobie z nimi możliwe jest jedynie po „dokopaniu” się do źródeł i ich nazwaniu. Według autorów zachodzi tu podobny proces do znanej z fizyki zasady zachowania energii: suma i siła traum, musi się równać intensywności problemów. Różne problemy, mają swoje różne, ukryte, przyczyny.
- Przeciwnik jest zdradziecką i kłamliwą kreaturą – na poziomie interpersonalnym gdy zachodzi proces demonizacji, przeciwnicy w rozmaitych konfliktach, sporach czy nawet nieporozumieniach widziani są jako absolutnie odmienni, opętani przez złe instynkty i stale konspirujący. Dlatego stale konieczna jest gotowość do działania, mile widziana jest podejrzliwość. Możliwa jest również „samodemonizacja” : człowiek jest wtedy przekonany, iż jakaś wroga mu siła wpływa na niego, na głęboko wewnętrznym poziomie i zmusza go do określonych zachowań lub dostarcza mu cierpień. Religijna opowieść mówi tu o opanowaniu przez Szatana, zaś wariant psychologiczny zakłada iż o to w działaniu ujawnia się zintrojektowany obiekt złego rodzica lub zdysocjowany element wypartej traumy (jeśli nie rozumiecie o co chodzi, nie przejmujcie się. To ma tak właśnie brzmieć by zwykły śmiertelnik nie mógł tego pojąć) Proces wyjaśniający swoje własne cierpienie może wyglądać tak: 1) Często sprawiam sobie ból 2) Nie czuje żadnej potrzeby aby sprawiać sobie ból 3) Zachowanie powodujące ten ból i cierpienie musi być w takim razie spowodowane przez obcą i wrogą mi siłę we mnie. Ta siła jest czymś oddzielnym ode mnie, nie mam na nią wpływu. Psychoterapeutyczny dyskurs oferuje cały zestaw tych „wewnętrznych wrogów”: wczesne traumy, ukryte osobowości, wyparte potrzeby, nieuwolniona energia itd itp. To co podnosi rangę i znaczenie tych opisów to nadawanie im otoczki naukowości, poprzez używanie niezrozumiałych terminów, czy też formułowanie skomplikowanych teorii
- Człowiek ze swej natury jest niewinny – wedle tego założenia (również mającego swe źródła w religijnej narracji) istota ludzka jest od urodzenia czysta, niewinna i dopiero wpływy otoczenia to zmieniają. Dlatego też konieczne jest odzyskanie tej czystości i niewinności. Możliwe jest to poprzez usunięcie „złych warstw”
- Źródło zła leży głęboko – demonizujący sposób patrzenia zakłada, iż to co jest „prawdziwe” ukryte jest głęboko, zaś to co widać gołym okiem to jedynie „symptomy” lub „znaki”. Na gruncie psychologicznym założenie to objawia się twierdzeniem, iż naszej świadomości dostępne jest tylko to co mniej znaczące dla naszego funkcjonowania. Psychoanalitycy stawiają wręcz znak równości pomiędzy „głębokością” a „nieświadomością”. To co naprawdę istotne, źródła naszych problemów są niedostępne i wysiłku wymaga dotarcie do nich. Przy tych założeniach, każda próba wprowadzenia zmian nie uwzględniająca ukrytych „głęboko” emocji widziana jest jako jedynie powierzchowne i mechaniczne zmiany. Na gruncie terapeutycznym objawia się to dzieleniem terapii na mniej i bardziej „głębokie” i twierdzeniem, że jedna terapia dociera do głębszych sfer niż inna
- Odkrycie ukrytych sił wymaga specjalistycznej wiedzy – jako że, tak czy inaczej, ujmowane zło (patologia, choroba) wnika głęboko w człowieka, nie poddaje się jego kontroli czy nawet nie ma on możliwości dostrzeżenia jej, to tylko inny człowiek dysponujący specjalną wiedzą oraz nastawieniem, może rozpoznać, nazwać oraz wyeliminować problem. W średniowieczu byli to demonolodzy, którzy dzięki opanowaniu tajników czarnej magii, potrafili dostrzec kto został opanowany przez diabelskie moce. Współcześnie, to psychiatrzy, psycholodzy i terapeuci uzurpujący sobie prawo do „bardziej prawdziwego” odbioru rzeczywistości i właściwego określania tego co się z człowiekiem dzieje. Taka wiedza, wiąże się zazwyczaj z wysoką pozycją społeczną oraz realnym wpływem na życie innych. Zwykle również, nie jest poddana żadnej formie refleksji. Jest to uznawane za coś oczywistego. Specjalista taki, tak jak wieki wcześniej, demonolog, musi wykazywać nieustającą podejrzliwością, nie ulegać mającym go zmylić znakom i przeważnie spodziewać się najgorszego i tego właśnie szukać
- Uznanie i przyznanie warunkami uleczenia – aby osoba będąca pod wpływem działania złych sił mogła się z nich wyzwolić, musi po pierwsze uznać ich istnienie, oraz przyznać się do tego, że jej zachowania były pod wpływem tejże siły. Są to warunki konieczne. W średniowieczu, oczekiwano tego od kobiet posądzanych o bycie czarownicami (choć numer był lepszy: bo samo przyznanie się było dowodem na opętanie) współcześnie np. w pracy psychoanalitycznej dąży się do tego aby pacjent uznał, że jakieś traumatyczne zdarzenia miały miejsce.
- Wyleczenie oznacza wyeliminowanie zła – w demonizacji nie ma półśrodków. Tylko całkowite wyplewienie zła jest akceptowane. W pełni zdrowy, może być tylko ten kto poradzi sobie ze wszystkimi stwierdzonymi przez specjalistę problemami.
Ciekawego przykładu, na to jak wygląda demonizacja na poziomie interpersonalnym dostarcza niejaka Astromaria, wspominana już na tym blogasku przy okazji innej notki. Otóż, pani ta żyje w głębokim przekonaniu, że otaczają ja psychopaci, których definiuje jako zdehumanizowanych, pozbawionych ludzkich uczuć i odruchów, nakierowanych na szkodzenie, manipulowanie i atakowanie krzewicieli prawdy, dobra oraz piękna. Wedle jej światopoglądu, osoby te nie mają świadomości tego kim są i jak się zachowują, są generalnie do siebie podobne (w zasadzie niczym się nie różnią), zaś szans na przemianę wielkich nie ma. Co trzeba zrobić, aby zostać psychopatą wg. Astromarii? Wystarczy być sceptycznym wobec jej poglądów, podważać leżące u ich podstaw założenia, a czasem po prostu stosować logiczne myślenie.
I właśnie zdrowy rozsądek, pytania oraz wątpliwości co do bazowych założeń, to coś co zwykle, według Omera i Olena, szybko antagonizuje „demonizujących” i potęguje postawy opisane powyżej, utwierdzając ich w przekonaniu, że oto pojawił się ktoś bardzo zły.
Autorzy przedstawiają alternatywę dla demonizacji. Ale o tym w następnej notce
kwi
10
Mój prezydent
Kwiecień 10, 2010 | Skomentuj ten tekst
Lech Kaczyński wielokrotnie mnie wkurzał. W bardzo wielu sprawach się z nim nie zgadzałem. Podejmował sporo decyzji, które budziły mój sprzeciw. Nie głosowałem na niego, ani jego partię i najprawdopodobniej nigdy bym nie zagłosował. Często, mniej lub bardziej, publicznie, go krytykowałem, lub nawet wyśmiewałem.
Był jednak prezydentem mojego kraju, moim reprezentantem. I choćby tylko z tego powodu należy Mu się szacunek. Takie jest również źródło mojego żalu i smutku po Jego śmierci. Gdy w sobotni poranek moja żona powiedziała mi co się stało, długo nie mogłem w to uwierzyć. Śledząc niemal przez cały dzień relacje w telewizji i internecie cały czas czułem się jakbym oglądał bardzo realistyczny, ale jednak, film political-fiction. Sytuacja, w której w jednej chwili ginie głowa państwa oraz cały szereg posłów, senatorów i duchownych oraz piastujący najwyższe urzędy w państwie jest absolutnie nie bywała i trudna nawet do wyobrażenia sobie. Jest to tragedia na tak wielu poziomach…
Byłem zdumiony obserwując to co działo się przez całą sobotę, czytając i słuchając komentarzy, przyglądając się podejściu do tej sprawy wielu osób. Kiedyś przyjdzie czas aby to wszystko na spokojnie przeanalizować. Nie robię sobie jednak, w przeciwieństwie do wielu, nadziei na to, że wraz ze śmiercią prezydenta i innych nastąpi jakaś głęboka, społeczna przemiana, że zmieni się sposób uprawiania polityki w Polsce, że jakkolwiek zmienią się sami politycy, dziennikarze. Dzisiejsze poczucie wspólnoty rozmyje się w szale poszukiwania winnych, wyciągania konsekwencji, wykorzystywania tego zdarzenia do bieżącej walki politycznej. Za jakiś czas zostaną tylko rocznicowe akademie i wspomnienia.
Odszedł mój prezydent i jest mi smutno.
mar
27
Zastosowanie terapii rodzinnej
Marzec 27, 2010 | Skomentuj ten tekst
…w pomocy psychologicznej dla dzieci i młodzieży. Taki tytuł miało moje wystąpienia na VI konferencji „Zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży” zorganizowanej przez Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli w Słupsku, 24 marca 2010 roku. Poniżej prezentacja do mojego wystąpienia, jego tekst w pliku PDF oraz materiał z lokalnej słupskiej telewizji Kanał 6 wraz z moją krótką wypowiedzią przed kamerą
Zapis wystąpienia w pliku pdf
mar
26
O Gapiku Lechosławie raz jeszcze
Marzec 26, 2010 | Skomentuj ten tekst
Minęły dwa dni od kiedy „Uwaga” TVN ujawniła jak wygląda pomoc seksuologiczna w wykonaniu znanego i szanowanego profesora Lechosława Gapika. Sam Gapik, oskarżenia zdecydowanie odrzucił pisząc w swoim oświadczeniu m.in że „aktualnie stosowana technika jest specyficzną, autorską formą terapii opracowaną przeze mnie na podstawie posiadanej wiedzy teoretycznej i wieloletniego doświadczenia praktycznego„, zarzuca redaktorowi z TVN -u oraz kobietom, które wystąpiły w programie popełnienie przestępstwa i zastrzega iż na temat swoich praktyk rozmawiać będzie jedynie z profesjonalistami ze swojej dziedziny. W skrócie: nie znacie się, czepiacie się i do tego naruszacie prawo.
Jako żywo przypomina to obronę Andrzeja Samsona: on również gorąco zapewniał, że stosował wobec autystycznych dzieci specyficzną, autorską, metodę terapeutyczną, o której, podobnie jak w przypadku profesora z Poznania nikt nie słyszał a inni specjaliści uznali ją za szkodliwą. Gapik próbuje również przekonać, że jego pacjentki na wszystko się zgodziły i nigdy nie miały do niego o to pretensji.
Tymczasem, moim zdaniem, Lechosław Gapik tym oświadczeniem pogrążył samego siebie; z jego słów wynika bowiem, że sam siebie stawia się ponad innych terapeutów, superwizorów, nie uznaje za stosowne konsultować i poddawać dyskusji swoich metod terapeutycznych i że najwyższą wartość ma jego wiedza, doświadczenie oraz autorytet. Pewne zasady, jednak obejmują zarówno profesorską sławę jak i młodego terapeutę na początku swojej drogi zawodowej. Kodeks etyczno-zawodowy psychologa głosi: „Psycholog jako psychoterapeuta jest świadomy niebezpieczeństw wynikających z jego możliwości wpływania na innych ludzi, w związku z czym poddaje się superwizji lub konsultacji”. Ten zapis jest w moim odczuciu szczególnie istotny w przypadku, nowych eksperymentalnych metod terapeutycznych. Korzystając z nich bez omówienia ich z innymi specjalistami trudno dostrzec wszystkie konsekwencje. Gdyby profesor Gapik je omawiał, zapewne usłyszałby że dotykanie pacjentek bo biuście, oraz wypowiadanie słów co najmniej dwuznacznych to może jednak nie najlepszy pomysł, przekraczający pewne granice.
Gapik twierdzi, że kobiety na wszystko się zgadzały, pomija jednak przy tym aspekt tego jak wygląda relacja terapeutyczna, zwłaszcza z człowiekiem tak znanym i utytułowanym jak on. Zagubieni, przestraszeni, często przeżywający dramatyczne kłopoty klienci, zgodzą się na wiele by ze swoimi problemami sobie poradzić. I mogą nawet w gabinecie znieść pewien dyskomfort czy ból byle to osiągnąć. Ufają, w większym lub mniejszym stopniu, terapeucie i zgadzają się na jego propozycje. To ogromne pole do nadużyć co oznacza konieczność poddania się jakiejś formie refleksji. Patrząc na nagranie z TVN mam wrażenie że Gapikowi tego przemyślenia zabrakło, że poczuł się tak pewny, wspaniały i wszechmocny, że nie widzi nic złego w obmacywaniu swojej klientki i nazywaniu tego formą masażu.
Właśnie to oderwanie się od rzeczywistości to jedno z największych zagrożeń dla terapeuty. Przydarzyło się ono i Samsonowi i Gapikowi – obu z innych zapewne przyczyn. Dochodzi do niego gdy, terapeuta uznaje że standardowe metody pracy są zbyt ograniczone, że jego wiedza i doświadczenie jest tak wielkie, że tylko on sam jest w stanie zrozumieć wiele problemów i zdanie innych jest mało istotne i nic nie wnoszące, zaś jego działanie zawsze słuszne, skuteczne i uzasadnione. Tyle, że wtedy już przestaje być psychoterapeutą a staje się kimś w rodzaju wszechwiedzącego, wszechogarniającego guru. Może być przez to groźny dla swoich klientów gdyż może odrzucać lub nie dopuszczać do siebie wszystkiego co nie zgodne z jego sposobem myślenia i widzenia świata.
Z Gapikiem, niestety, po części powtórzyła się ta sama sytuacja co z Samsonem jeśli chodzi o środowisko terapeutów. Na szczęście tym razem nie ma już absurdalnych prób obrony, pozostaje faktem jednak, brak reakcji na mniej lub bardziej oficjalne doniesienia dotyczące praktyk Gapika, jednego z superwizorów Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Nikt nie miał odwagi aby zadać publicznie profesorowi pytania o stosowane przez niego metody. Dlatego też całe środowisko seksuologiczne ponosi jakąś część odpowiedzialności za to co się wydarzyło. Zasada lojalności i szacunku wobec doświadczonego kolegi okazała się silniejsza niż dobro klientów i pacjentów.
Odbije się to zapewne na zaufaniu do terapeutów, zwłaszcza do mężczyzn pracujących w tym zawodzie. Oby jednak czegoś nauczyło i wymusiło szybsze zmiany prawne. Bo na dzień dzisiejszy, dzień po ujawnieniu kompromitującego dla Gapika filmu, profesor spokojnie przyjmuje w swoim gabinecie i będzie tak nadal, póki któraś z jego oskarżycielek nie złoży zawiadomienia w prokuraturze. Może robi właśnie dokładnie to samo co pokazała „Uwaga” bo wytłumaczył pacjentce że to nieporozumienie, szkalowanie jego dobrego imienia i brak szacunku dla super skutecznych autorskich metod?





