Pracownicy pod specjalnym nadzorem
Kwestia tego co robią pracownicy gdy szef akurat nie patrzy, w mniej lub bardziej sensacyjnym tonie wypływa co jakiś czas. Kilkanaście dni temu szeroko komentowane było badanie firmy Gemius na temat tego jak często w godzinach przeznaczonych na wykonywanie obowiązków służbowych pracownicy wykorzystują Internet do celów prywatnych.
Jak zwykle przy takich okazjach nie brakuje wyliczeń odnośnie tego ile pieniędzy tracą na takich praktykach pracodawcy oraz jak dramatyczny ma to wpływ na efektywność pracy. Do tego dochodzi cały zestaw sposobów na jakie właściciele firm chronią się przed marnowaniem czasu przez swoich podwładnych.
Na najbardziej podstawowym poziomie nie ma się do czego przyczepić; zatrudniony jest od tego by wykonywać swoje obowiązki we wskazanym miejscu w określonych godzinach a jego szef w ten czy inny sposób mam prawo mu patrzeć na ręce i dbać o to aby czas, za jaki swojemu podwładnemu płaci został jak najlepiej wykorzystany.
Jednak gdy przyjrzeć się tej sprawie dokładniej to przestaje ona być taka oczywista. Fizyczną niemożliwością jest aby pracownik 100 procent czasu spędzanego w zakładzie przeznaczał tylko i wyłącznie na wykonywanie obowiązków zawodowych. Być może przy mało skomplikowanych, rutynowych czynnościach można próbować zmusić człowieka do pełnej koncentracji na zadaniu przez kilka godzin – to możliwe jest np. w fabrykach. Gdy chodzi o pracę tzw. umysłową, można spodziewać się raczej postępującego spadku efektywności. Kolejna kwestia wiąże się z oczekiwaniami pracodawcy. Czy chodzi o to aby wykonywać swoją pracę czy też może aby zrobić to co jest potrzebne. Mam wrażenie że to pierwsze sprzyja raczej wydłużeniu czasu osiągania celów, nawet jeśli szef będzie stał nad głową swojego pracownika i bacznie przyglądał się każdej wykonywanej przez niego czynności – nie sprzyja to bowiem, indywidualnemu, osobistemu podejściu do wykonywanej pracy i przekłada bardziej akcent na samo wykonywanie pracy niż jej efekty.
Bezsprzecznie przy omawianiu tego tematu warto rozważyć to jakie komunikaty nadaje pracodawca do pracownika i jakie są ich efekty. Gdy szef dużą wagę przykłada do czasu spędzanego na wykonywaniu obowiązków to jego podwładny może odbierać to jako komunikat: „Nie ufam ci. Nie wierzę że wykonujesz swoją pracę z pełnym zaangażowaniem”. Wpływ takiej informacji można łatwo sobie wyobrazić: spadek motywacji do pracy, niechęć do szefa i pogorszenie relacji z nim, spadek efektywności w pracy, obniżenie wiary w swoje kompetencję oraz poczucie bycia niedocenianym w firmie a także niechęć do realizowania celów stawianych przez szefa. Odczucia takie mogą nasilać się gdy firma wprowadza rozmaite sposoby kontrolowania poczynań swoich pracowników: od instalowania oprogramowania szpiegującego w służbowych komputerach począwszy, przez drobiazgowe przywiązanie do czasu spędzanego w firmie, na bezpośrednim obserwowaniu poczynań pracowników np. przez system monitoringu skończywszy. Szefowi dawać to może poczucie bezpieczeństwa, kontroli oraz pełnego panowania nad tym co się dzieje, jednak dla jego podwładnych raczej wiązać się będzie z poważnym dyskomfortem.
Te same obowiązki można wykonywać na różne sposoby, w odmiennym tempie, z rozmaitym natężeniem zaangażowania; każdemu co innego pomaga w jak najlepszym wykonywaniu swojej pracy, mam wrażenie jednak że świadectwo nieufności ze strony tych, którzy za nią płacą na większość działa demobilizująco. Taka demobilizacja prowadzić może do jeszcze większej kontroli – i kółko się zamyka a wszyscy na tym tracą.
Moim zdaniem, zarówno dla pracodawcy jak i dla pracownika, dużo efektywniejszym podejściem jest skupienie się na efektach pracy przy mniejszym nacisku na czas w jakim to się dzieje. Rozliczanie za to co zostało zrobione (i jaka jest tego jakość), pracodawcę zwalania z angażowania czasu, energii oraz środków w monitorowanie bieżącej pracy podwładnych, pracownikowi zostawia zaś pole na własną kreatywność, możliwość pracy w najlepszym dla siebie tempie i najbardziej efektywny sposób. To również ustalenie jasnych i przejrzystych reguł: płaca jest za to co zostanie wykonane i do oczekiwanego terminu. Oczywiście to również pole do nadużyć: pokusa ustawiania nierealistycznych czy też ekstremalnie trudnych do osiągnięcia celów. Jednakże skutkować może większą kreatywnością, zaangażowaniem w pracę i zadowoleniem z niej.
Zdaję sobie sprawę, że koncentracja na czasie pracownika i próba uniemożliwienia mu robienia czegoś innego niż jego obowiązki jest głęboko zakorzeniona kulturowo; przekonanie, iż zawsze można ze swojego podwładnego wycisnąć więcej, to tylko kwestia nacisku i kontroli, nie da się tak łatwo wytępić. Jednakże do pracodawców dociera już, że o pracownika, a w szczególności jego samopoczucie trzeba dbać; im szczęśliwszy człowiek w swojej pracy tym więcej dla swej firmy zrobi co już ma bezpośrednie przełożenie na zyski. Zrozumiało to Google czy Microsoft a i może w Polsce coraz mniejszym problem będzie, to że ktoś ogląda sobie filmik na YouTube w godzinach pracy.

To teraz polecam zatrudnić się w jakiejś firmie i wprowadzić w życie to co napisałeś
Jak się coś kseruje to jest to praca jak najbardziej, ale ciężko powiedzieć żeby była przesadnie umysłowa…
Że wydajność spadnie jestem więcej niż pewny. Pytanie się rodzi tylko: o ile spadnie.
To, że pracownik nie może 100% czasu pracować to bzdura. Może. Kwestia dobrania pracy. To naprawdę nie jest tak, że się siedzi 7,5h (bo pół godziny przerwy…) i liczy prowizje dla przedstawicieli. Bo w międzyczasie jest zebranie, bo się generuje raport, bo trzeba iść po podpis… To wszystko normalne obowiązki i trzeba je wykonywać. U Ciebie jest założenie, że pracownik ma pracować non stop z maksymalnym obciążeniem umysłowym. Nie ma takiej pracy
Natomiast masz rację co do tego, że u nas pokutuje ciągle podejście ekonomskie. Ale powoli, powoli pokolenie szefów, którzy „z zawodu są dyrektorami” odchodzi w niepamięć.
@Ghoran
Pracuję w firmie na etat i częściowo taki system działa. Tyle że trudno snuć tu porównania, bo i branża bardzo specyficzna i podejście do pracowników niekonsekwentne ale to zupełnie inna historia.
Te 100 procent odnosiło się do poświęcania się swoim obowiązkom. Cokolwiek do nich należy. Uważam, że założenie że można 7,5 godziny być skoncentrowanym na pracy i nie robić nic poza nią jest utopijne. Tak po prostu się nie da.
Zgadzam się, że gdyby wprowadzenie takiej zmiany, w firmie, która do tej pory funkcjonowała na zasadzie, pilnowania tego co pracownik robi między 8:00 a 16:00 może wiązać się z przejściowym spadkiem efektywności. Ale celem, który można osiągnąć jest moim zdaniem zmiana podejścia pracownika do firmy i wykonywanej przez siebie pracy, oraz jego ustosunkowania się do tego co robi. Myślę sobie że w dłuższej perspektywie da to zdecydowanie lepsze efekty w wydajności niż instalowanie Oka Szefa w służbowym komputerze.
Pozdrawiamw