Przygoda z psychoanalizą
Od samego początku psychoanaliza była dla mnie niespecjalnie atrakcyjna. Już na studiach, pojęcia, teorie oraz mechanizmy z niej się wywodzące były dla mnie mętne, nieprzekonujące, nadmiernie skomplikowane. Średnio przekonywały mnie tezy formułowane przez autorów zaczynające się od „z mojego doświadczenia wynika”, „zaobserwowałem, że” a odnoszące się do całościowego funkcjonowania człowieka i jego determinantów. Ponadto mało wiarygodne i atrakcyjne zdawało się mi być powielanie tych samych teorii, i po niewielkich modyfikacjach przedstawiane jako coś zupełnie nowego i odmiennego.
Przez długi czas psychoterapia oraz praca psychologa klinicysty kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z psychoanalizą, w związku z czym, w ogóle nie widziałem się w tej działce psychologii a bardziej pociągająca była dla mnie ta związana z psychologią biznesu jawiąca się mi jako bardziej konkretna, logiczna, zrozumiała a co najważniejsze praktyczna. Przemiana nastąpiła w zasadzie niemal w ostatnim momencie ale to temat na zupełnie inną opowieść.
Kiedy już owa przemiana się we mnie dokonała i postanowiłem zostać terapeutą, zobaczyłem, że praca klinicysty nie musi się wiązać koniecznie z odnoszeniem się do analizy oraz, że istnieje wiele innych ciekawych pomysłów na pracę terapeutyczną niekoniecznie związanych z analizowaniem przeniesień i przeciwprzeniesień czy też wczesnodziecięcych relacji z obiektem. Tym atrakcyjniejszym kierunkiem była terapia systemowa i pierwsze szkolenie z nią związane, w jakim uczestniczyłem.
Pod koniec studiów, intensywne szkolenie się (byłem wtedy w trakcie dwóch szkoleń) łączyłem z wolontariatem. W jednym z miejsc tenże wolontariat zamienił się w zasadzie w pracę, z tym że gratyfikacją dla mnie było opłacenie pierwszego roku dowolnie wybranego szkolenia przygotowującego do certyfikatu psychoterapeuty. Tam, gdzie moje rola opisywana była jako „asystent psychoterapeuty” głównym sposobem pracy z pacjentami była psychoterapia grupowa. Dlatego też, żywiąc przekonanie, że to będzie w przyszłości moje miejsce pracy, jako ośrodek szkolenia wybrałem sobie Instytut Analizy Grupowej „Rasztów” Nim rozpocząłem tam szkolenie, poczytałem trochę na temat analizy grupowej i stworzyłem sobie jej obraz jako pewnego połączenia niektórych założeń teorii systemów (tych odnoszących się do tego jak na siebie wpływają ludzie w grupie) oraz psychoanalizy, do której niechęć zdążyła mi opaść. Pomyślnie przeszedłem rozmowę kwalifikacyjną i rozpocząłem szkolenie
W „Rasztowie” pierwszy rok szkolenia to dwudniowe spotkania raz w miesiącu. Pierwszego dnia odbywały się wykłady obejmujące zagadnienia teoretyczne), zaś drugiego przez cały dzień trwała szkoleniowa analiza grupowa, zaplanowana na całe cztery lata szkolenia i stanowiąca wymaganą do certyfikatu terapię własną.
Terapia grupowa była doświadczeniem niezwykle cennym i głęboko rozwijającym. Zwiększyła się moja świadomość samego siebie, tego jak funkcjonuję w grupie, jak jestem odbierany przez innych i do jakich swoich doświadczeń i mechanizmów funkcjonowania nawiązuje najczęściej. Nie zawsze były to odkrycia przyjemne, ale na pewno ubogacające. Z bliska mogłem również obserwować bardzo specyficzny styl pracy terapeuty: oparty na sporym wycofaniu się i interpretowaniu tego co się dzieje w czasie sesji poprzez odniesienie się do grupy jako całości a także tworzenie metafor związanych z procesem grupowym. I tu pojawił się pierwszy problem: to nie był styl odpowiadający mojemu sposobowi bycia i aby tak pracować musiałbym zachowywać się w sposób nienaturalny.
Drugi kłopot dotyczył dość rygorystycznych warunków jakie muszą zostać spełnione aby samemu taką grupę poprowadzić, co jest niezbędne już w trakcie szkolenia w celach superwizji. Wymaga to bowiem zebrania, jeśli dobrze pamiętam, minimum siedmiu osób, które zobowiążą się do płacenie i uczestniczenia w sesjach grupowych przez minimum rok. Taką grupę ponadto należało regularnie superwizować, co podnosiło koszty szkolenia. Ponadto konieczne było posiadanie koterapeuty, również pracującego w ten sam sposób. Dla terapeutów z większych miast, gdzie absolwentów Rasztowa lub osób w ostatnich latach szkolenia to nie jest zbyt wielki kłopot dla takich jak ja, pracujących w mniejszych miastach, może się to okazać przeszkodą nie do przeskoczenia.
Kłopot trzeci a zarazem decydujący wiązał się dla mnie z treściami przekazywanymi podczas wykładów. Doprowadziły one mnie do wniosku, że w tej formie psychoanaliza jest martwa, zjadająca swój własny ogon, oparta na oderwanych od rzeczywistości założeniach i zupełnie ignorująca przemiany kulturowe oraz społeczne. Nie było w tym dla mnie nic atrakcyjnego, fascynującego, pobudzającego do intelektualnego wysiłku. Martwota zaś przyszła mi do głowy gdy pomyślałem sobie że jeśli chodzi o teoretyczną stronę psychoanalizy to absolutnie wszystko zostało już powiedziane. Kroplą przelewającą czarę goryczy okazało się odczytanie podczas jednego z wykładów, polecenia jakie wypowiadał w kierunku do swoich pacjentów sto lat wcześniej Zygmunt Freud. Poczułem wtedy z całą mocą, że jestem w nieodpowiednim miejscu. Krótko potem przerwałem szkolenie.
Na doświadczenie rocznego szkolenia w „Rasztowie” patrzę z dwóch perspektyw. Pierwsza, dość ponura, to taka, że zmarnowałem czas i pieniądze, które mogłyby mi się przydać na co najmniej rok bardziej użytecznego dla mnie jako terapeuty szkolenia. Z drugiej strony, dobrym doświadczeniem, było roczne uczestnictwo w analizie grupowej. Wiąże się ono z korzyściami rozwojowymi, o których pisałem wyżej ale również z warsztatowymi, z tego co tam zobaczyłem w różny sposób sam korzystam podczas prowadzenia grup terapeutycznych. Ponadto poznanie i doświadczenie psychoanalizy utwierdziło mnie w przekonaniu, że to nie jest nurt dla mnie
