W dolinie
Zimno, ciemno, wieje i pada. Samo spojrzenie za okno na przełomie jesieni i zimy nie nastraja optymistycznie. Aura zachęca raczej do tego aby zagrzebać się w pościeli tudzież obserwować świat z perspektywy ciepłego domostwa i kubka z czymś gorącym w ręce. Jest to okres, w którym wielu ludzi częściej niż zwykle skarży się na gorsze samopoczucie, brak motywacji do działania, gdy więcej w głowie pojawia się myśli i nastawień raczej ponurych. Nie jest to oczywiście uwarunkowane tylko i wyłącznie pogodą.
Często – zwłaszcza gdy stan taki trwa dłużej niż kilka dni – pojawia się myśl: to depresja. Za tym podążą cała gromadka skojarzeń i przekonań, które – wtórnie – to samopoczucie pogarszają. Że nigdy już nie będzie dobrze, że jest się bezwartościowym, że właściwie zawsze coś nie grało itd., itp.
Zupełnie naturalne jest to, że czasem czujemy się gorzej. Że czasem nam się nic nie chce, porzucamy to co lubimy robić, stronimy od ludzi, przebywanie z którymi sprawia nam zazwyczaj przyjemność. I to nawet wtedy gdy nie jesteśmy tam gdzie „zimno i pada na to miejsce w środku Europy” Zrozumiałe jest jednak to, że jest to stan niepokojący, mało przyjemny, przeszkadzający.
Kiedy zatem zacząć działać gdy coś takiego obserwujemy u siebie lub kogoś innego? Kluczowe znaczenie mają czas trwania oraz efekty jakie taki stan wywiera na życie. Do kilku-kilkunastu dni, nie ma większego powodu do obaw, i gdy udaje się w miarę normalnie funkcjonować, wypełniać większość obowiązków bez poważniejszych reperkusji dla życia zawodowego czy rodzinnego. Gdy jednak ten czas jest dłuższy i obserwujemy, że zaczyna się zawalanie ważnych spraw to jest to sygnał do działania.
Wielu ludzi, w takiej sytuacji, swoje pierwsze kroki kieruje do psychiatry. Oczekują wypisania leków, które postawią ich na nogi, przywrócą do zwyczajnej formy (lub coś ponadto) Nie mam nic przeciwko psychiatrom (aż się na klawiaturę ciśnie: wielu z nich to moi najlepsi przyjaciele
) sądzę jednak, że równie dobrym, ( a w sytuacji gdy stany takie mają tendencje do powtarzania się, to nawet lepszym) pomysłem jest skorzystanie z usług psychoterapeuty. Terapeuta może pomóc w dostrzeżeniu szerszego tła problemu, zachęcić do zastanowienia się czy przykry stan nie ma czegoś wspólnego z tym co się dzieje w naszym życiu. Przypomina mi się w tym momencie młody chłopak na finiszu liceum, który kilka miesięcy temu spotkał się ze mną parę razy. Jest uczniem bardzo dobrym, pilnym nie mającym nigdy wcześniej jakichkolwiek problemów ze szkołą, uczęszczającym do jednej z lepszych placówek w mieście. Na kilka tygodni przed przyjściem do mnie zaczął mieć problemy w zmotywowaniu się do nauki, co przestraszało go, że nie zdoła się odpowiednio przygotować do matury, co z kolei wywoływało obawę, że nie dostanie się na wymarzone studia. Stał się smutny, wycofany. Po kilku rozmowach sam stwierdził, że to co pomogło mu poradzić sobie z tym stanem to „zwolnienie tempa”, kilka większych i mniejszych zmian w podejściu do nauki, danie sobie czasu na odpoczynek oraz chwili na zastanowienie się nad tym czego właściwie chce i potrzebuje. Czy gdyby, tak jak to początkowo planował, wybrał się do psychiatry i zażywał otrzymane od niego leki, to czy uzyskałby równie dobry efekt? Trudno stwierdzić.
Wtedy gdy problem regularnie powraca to jest to sygnał, że należy zwrócić uwagę na coś ważnego w swoim życiu. W takiej sytuacji leki mogą jedynie „zagłuszyć” te sygnały i utrudnić zajęcie się tym co istotne. W bardzo radykalnym przypadku może być tak
Powyższych słów proszę nie traktować jako rad do zastosowania w każdym przypadku, lecz jako materiał do mniej lub bardziej poważnych przemyśleń

Myślę, że rozsądny psychiatra sam zasugeruje psychoterapię, jeśli jest wskazana w danym przypadku, natomiast rozsądny psychoterapeuta w razie potrzeby przekona do konsultacji psychiatrycznej. Natomiast kiepski psychiatra nie pomoże, podobnie jak kiepski psychoterapeuta.
Ostatnio jej terapeutka zasugerowała, że jednak antydepresant by się przydał, tylko dlatego włączono jakieś inne leki.
Mam wrażenie, że wizyta u psychiatry jest paradoksalnie mniej „zobowiązująca”, gdy się już przełamie ogólnie znane opory w tej sprawie. Znowu paradoks: lekarz chyba nie staje się dla pacjenta aż tak dużym autorytetem jak psychoterapeuta.
Uważam, że pacjent nie powinien być wkręcany w spór między psychiatrami a psychoterapeutami, trochę jak dziecko w spór między skłóconymi rodzicami. Mądry terapeuta w razie potrzeby zasugeruje wizytę u psychiatry, psychiatra w razie potrzeby przekona do terapii, „dogadanie się” powinno być sprawą pomiędzy tymi dwoma środowiskami, to, dokąd skieruje się pacjent, nie powinno przesądzać o jakości leczenia.
Mam rozsądnego psychiatrę. Poleciłam go przyjaciółce, i zasugerowałam, żeby mu powiedziała, zgodnie z prawdą, że boi się leków, i zwykle ma wszystkie możliwe skutki uboczne. Przez parę miesięcy nie wypisywał jej niczego poza hydroxyzyną, i skierował ją na psychoterapię
Tak to moim zdaniem powinno wyglądać. Żeby było zabawniej, przyjaciółka leczy się tam w ramach ubezpieczenia. Wiele można zdziałać dobrą wolą i współpracą, zamiast upartego przeciągania pacjenta „na swoją stronę”
Wesołych Świąt!