Na zimno
Trylogię „Millenium” Stiega Larssona uwielbiam. Pochłonąłem ją w ciągu jakiegoś tygodnia z kawałkiem. Z nadzieją podszedłem do szwedzkiej ekranizacji i ze wstrętem wyłączyłem po 10 minutach. Odczucia jakie mi towarzyszyły pokrywają się z grubsza z tym o czym napisała Sporothrix
Dlatego z dużym niepokojem czekałem na amerykańskie podejście do przeniesienia na ekran „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” z Danielem Craigiem w roli głównej. Pozytywnie nastrajała perspektywa reżyserii Davida Finchera (The Social Network!) niepokoił właśnie wspomniany Craig i to jak poradzi sobie z przedzierzgnięciem się z roli najbardziej znanego z Agentów Jej Królewskiej Mości w prowadzącego mozolne śledztwo Blomkvista.
Śpieszę donieść, że zarówno on jak i wcielająca się w Lisbeth Salander Rooney Mara dali radę. Craig jest tu wyciszony, skupiony, nieco fajtłapowaty ale przede wszystkim wiarygodny. Nie szarżuje, daje się w nim zobaczyć książkowego redaktora „Millenium” W Salander w wykonaniu Rooney Mary widać podskórną wściekłość, desperację, zimną skrupulatność przy minimalnej emocjonalnej ekspresji. Gdy w końcu te emocje okazuje, robi to również w świetny sposób.
Film ma tytuł taki jak amerykańskie wydanie pierwszej części trylogii Larssona. I o ile w przypadku książki można to ulec za daleko idącą ingerencję w dzieło (poprzez przeniesie akcentów) to do filmu pasuje już zdecydowanie bardziej. To co, przynajmniej w moim odczuciu, czyni książki Larssona czymś więcej niż tylko kryminałem o dobrze opowiedzianej historii to tło, kontekst w jakim się ta opowieść rozgrywa. Mamy tu m.in portret współczesnego społeczeństwa wraz z jego stosunkiem do kobiet, przemocy, tajemnic i wiele wiele innych na wielu różnych poziomach (tu znowu odsyłam do notki Sporothrix). W filmie, niestety, jest tego zdecydowanie mniej. Scenariusz skupia się bardziej na postaciach pierwszoplanowych i intrydze, w której uczestniczą. Tło jest nieco bardziej schematyczne, delikatnie zarysowane. Rodzina Vangerów, którą odbierać można, jako symbol szwedzkiego ( i nie tylko) społeczeństwa, w obrazie Finchera jest ledwo widoczna. Być może nie dało się tego pokazać inaczej, chcąc zachować jakieś tempo i przyswajalność dla przeciętnego zjadacza popcornu, tej opowieści (i tak film trwa 160 minut) Jeżeli powstaną ekranizację pozostałych dwóch części, to ze względu na ich specyfikę to co jest najlepsze w powieściach Larssona może być pokazać łatwiej.
Jednakże dzieło Finchera ogląda się naprawdę dobrze. Przyciąga, takim specyficznym, zimnem, ascezą (na tym wyłożył się Polański „W autorze widmo”) Udało się, w jakiejś części, klimat książek odzwierciedlić. Twórcy mieli do dyspozycji dobrą historię, na całe szczęście, nie próbowali jej udziwniać czy też zbyt wiele dodawać od siebie. Dzięki temu powstał całkiem przyzwoity film. Takie 7/10



Ponieważ
a) szwedzką wersję wciągnąłem jednym tchem, co mi się od bardzo dawna z żadnym filmem nie zdarzyło,
b) aktor nie podobał mi się w roli Bonda
c) aż mi głupio na myśl o Szwedach gadających po angielsku
więc pewnie nie mam czego szukać na tej wersji filmu?
@janekr a) kwestia gustu
B) Craig jest tutaj zupełnie inny niż w Bondzie
C) nie przeszkadzało mi to jakoś specjalnie.
A film zdecydowanie warto obejrzeć:-)