O profesorze Lechosławie Gapiku słyszałem do tej pory kilka razy. Po raz pierwszy, gdy jeszcze studiowałem, studenci plotkowali o jego burzliwym konflikcie z innym znanym seksuologiem i psychologiem profesor Marią Beisert, zakończonym założeniem przez Gapika Polskiego Towarzystwa Terapeutycznego, które jak rozumiem działa w kontrze do Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego.

Drugi raz o profesorze usłyszałem już pracując, w formie opowieści o jego co najmniej wątpliwych metodach terapeutycznych (bez szczegółów) oraz już nieco bardziej konkretnie gdy pojawiły się informację o tym iż profesor Gapik został oskarżony oficjalnie o molestowanie seksualne.

No i dziś słyszę po raz trzeci: TVN-owska Uwaga, publikuje na swojej stronie zapowiedź reportażu o specjaliście z Poznania. W trzech kilkuminutowych zajawkach, pada wyraźne oskarżenie o molestowanie seksualne, pojawiają się wywody Gapika na temat hipnozy oraz związanej z tym odpowiedzialności i – to najmocniejszy fragment – zdjęcia z ukrytej kamery, na której Gapik maca swoją pacjentkę po piersi.

Biorę poprawkę na to, że „Uwaga” TVN to program nastawiony na tanią sensację i szokowanie widza i czasem wyolbrzymiający pewne zjawiska w sposób nieco histeryczny. Jednakże, zarejestrowanie jak Gapik, przedstawiający się również jako psychoterapeuta (ciekawe jaką szkołę terapeutyczną ukończył i jakiej organizacji ma certyfikat, bo nigdzie się tym nie chwali) podczas sesji terapeutycznej dotyka swoją klientkę w miejscach intymnych to właściwie koniec kariery profesora. Jest to bowiem rażące naruszenie podstawowych zasad etycznych związanych z wykonywaniem zawodu psychologa i psychoterapeuty. Owszem, są różne metody pracy z ciałem, ale psycholog może dotykać swojego klienta tylko i wyłącznie za jego zgodą. Opowiadające o praktykach Gapika kobiety z naciskiem stwierdzają, że nie życzyły sobie tego a ze względu na wcześniejsze wprowadzenie przez Gapika w hipnotyczy trans nie były w stanie zaprotestować. Nie znam się na prawie, ale zastanawiam się czy to już nie podpada pod gwałt.

Po sprawie Andrzeja Samsona, to drugi tak poważny cios dla środowiska terapeutów, nawet jeśli Gapik działał na jego obrzeżach. Spodziewam się spadku zaufania do psychologów, seksuologów czy psychoterapeutów, zwłaszcza, że poprzez zaniedbania wielu ekip rządzących w dalszym ciągu nie ma jasnego systemu weryfikacji profesjonalistów z dziedziny zdrowia psychicznego ani sposobów na ich dyscyplinowanie gdy dopuszczają się nadużyć.

Wygląda na to że sam Lechosław G. (bo tak się pewnie niebawem będzie go przedstawiać) spodziewał się medialnego ataku, gdyż na serwisach oceniających lekarzy nagle szalenie wzrosła jego popularność. Z tym, że teraz mu to już w niczym raczej nie pomoże…


VN:F [1.9.2_1090]
Rating: 8.5/10 (10 votes cast)

Kolejny tekst z cyklu „Psychowieści”

Terapia rodzinną zwykle proponuje się wtedy gdy problem dotyczy młodej osoby, zależnej jeszcze od rodziców. Kłopoty z jakimi całe rodziny trafiają do terapeuty są rozmaite; najczęstsze dotyczą problemów w szkole, relacjach z rówieśnikami, radzeniu sobie ze stresem i napięciem czy też przygnębieniem i smutkiem. Zdarza się iż rodziny wybierają się do terapeuty rodzinnego wtedy gdy ich nastoletni członek podejmuje próbę samobójczą lub też wygłasza zamiar jej podjęcia.

Według Psych Central terapia rodzinna pomaga młodym ludziom poradzić sobie z myślami samobójczymi oraz często towarzyszącym im przygnębieniem, smutkiem, brakiem motywacji do działania. Symptomy te ustępują znacznie szybciej niż w przypadku pomocy indywidualnej, nakierowanej na radzenie sobie w środowisku. Badania wykazały że myśli samobójcze u osób korzystających z terapii rodzinnej występowały czterokrotnie rzadziej.  Ponadto zaobserwowano szybsze ustępowanie symptomów depresyjnych i dłuższy czas utrzymywania się poprawy.

Jak stwierdził Guy S. Diamond większość metod pracy z samymi nastolatkami skupia się na dostarczaniu im nowych sposobów na radzenie sobie z problemami, co pomija jednak  fakt iż na młodych ludzi w dużym stopniu wpływa to co dzieje się w ich rodzinach; konflikty, chaos i spory mogą przyczyniać się do natężenia myśli samobójczych zaś rodzinna miłość, zaufanie oraz dobra komunikacja mogą temu zapobiegać. Terapia rodzinna koncentruje się właśnie na rozwijaniu tych zasobów i pośredniej pomocy nastolatkom. Terapia rodzinna przyczynia się do zmiany pewnego rodzaju „atmosfery” w rodzinie, na którą wpływa to jak członkowie rodziny się ze sobą komunikują, i jakie znaczenie nadają nawzajem swoim postawom i zachowaniom. Często tendencje samobójcze mogą być objawem jakiegoś głębszego kłopotu rodzinnego. Należy jednak podkreślić, że w terapii rodzinnej, rodzice czy inni członkowie rodziny nie są widziani jako źródło problemów, ale jako ci, którzy w jaki sposób są w niego zaangażowani i mogą być pomocni w poszukiwaniu dla niego rozwiązania.

Od pewnego czasu unikam indywidualnej pracy z nastolatkami. Pamiętam wielomiesięczne spotkania z młodymi ludźmi w pewnej organizacji pozarządowej i poczucie zniechęcenia gdy zmiany jakie oni wprowadzali w swoim życiu obracały się w pył ze względu na to że u nich w domach rodzinnych wszystko pozostawało po staremu. Obecnie stoję na stanowisku, że gdy doświadczają oni jakichś trudności to zadaniem terapeuty jest zmotywować ich samych oraz ich najbliższych do wspólnego spotkania w gabinecie. Co niekiedy jest bardzo trudne; nastolatki obawiają się mówić o ważnych dla nich sprawach w obecności rodziców, zaś rodzice mogą taką propozycję odebrać jako sugestię, że coś z nimi jest nie tak albo może się dla nich okazać kompletnie niezrozumiała bo przecież „to on/ona ma problem a nie my”. Terapeuta musi wtedy cierpliwie i wytrwale rozwiewać te obawy i wskazywać na korzyści jakie mogą z rodzinnego spotkania wynieść wszyscy zainteresowani.

Terapia rodzinna wciąż jest czymś stosunkowo mało popularnym w naszym kraju i niosącym nieco inne rozumienie problemów niż podejścia skoncentrowane na indywidualnych kwestiach, co często budzi lęk i zaniepokojenie. Jest to jednak skuteczna metoda pracy i należy korzystających z pomocy terapeutycznej z nią oswajać.


VN:F [1.9.2_1090]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Zdarza się, że z dnia na dzień pacjenci przestają przychodzić na grupę terapeutyczną, oficjalnie deklarując brak chęci do dalszego uczęszczania, lub od tak bez słowa po prostu znikają, inni nie przychodzą na umówione spotkanie w gabinecie i słuch po nich gnie . Wielu terapeutów zna historie pacjentów, którzy latami brali udział w różnego rodzaju terapiach, przeszli kilku a czasem kilkunastu specjalistów a mimo to nie udaje im się uzyskać trwałej poprawy. Zmagają się ciągle z dotkliwymi trudnościami, podejmują trud poradzenia sobie z nimi a mimo to nie odnoszą sukcesu

Różne podejścia terapeutyczne w odmienny sposób tłumaczą niepowodzenia w terapii; generalnie sądzę jednak, że można dokonać podziału na czynniki związane z terapeutą,  przebiegiem procesu terapeutycznego oraz z klientem/pacjentem. By być bardziej precyzyjnym rozważać by można również kontekst w jakim odbywa się terapia ale przekracza to ramy tej skromnej notki. Pisząc o tym opieram się na własnych przekonaniach i obserwacjach.

Każdy przypadek braku uzyskiwania efektów terapii należy rozpatrywać indywidualnie, procesy o nim decydujące często są unikalne i specyficzne dla tej konkretnej sytuacji. Można, moim zdaniem, pokusić się jednak o kilka uogólnień.

Terapeuta sprzyja niepowodzeniu terapii gdy:

- jego nastawienie wobec klienta cechuje się niechęcią, odrzuceniem lub wręcz nawet jawną wrogością – trudno jest pracować z kimś do kogo nie udaje się wzbudzić w sobie choćby odrobiny sympatii. Nie specjalnie również możliwe jest ukrycie czy zamaskowanie tego.

- nie jest ciekawy klienta, jego opowieści, sposobu patrzenia na świat, potrzeb, tego co ma do powiedzenia i tego czego oczekuje od spotkań z terapeutą ale również jego sposobu rozumienia problemu i pomysłów na temat rozwiązań – gdy terapeuta osiąga stuprocentowe przekonanie na temat tego jaki jest klient, jakie są motywy jego działania i do czego go one go doprowadzą przestaje widzieć w nim żywego człowieka a jedynie kolejny „przypadek” Podobnie się w moim odczuciu dzieje gdy terapeuta dąży do wciśnięcia klienta w kategorie ściśle określonych zaburzeń i deficytów. Przyjęcie takiej postawy nie sprzyja kreatywności, żywemu kontaktowi oraz udanej współpracy

- gdy to co proponuje klientowi jest zbyt różne od jego własnej opowieści. Jest to związane z pojęciem optymalnej różnicy, pozwalającej na dostrzeżenie innych aspektów doświadczanego problemu, ale nie na tyle odmiennych by je bez zastanowienia odrzuć – nadmierna różnica grozi terapeucie wtedy gdy stosuje język mówienia o doświadczeniach odmienny od posiadanego przez klienta (np. gdy stosuje za dużo profesjonalnych pojęć, które dla klienta mogą znaczyć kompletnie nic)

Przebieg procesu terapeutycznego, jest zależny zarówno od klienta jak i od terapeuty

- zbyt szybkie lub zbyt wolne tempo pracy – tak klient jak i terapeuta mogą mieć pokusę, jak najszybszego „załatwiania” ważnych spraw i przechodzenia do kolejnych tematów. Sprawić to może, że istotne kwestie zostaną omówione powierzchownie, niedokładnie  i nie wpłyną znacząco na zmiany. Podobna trudność pojawić się może również wtedy, gdy skupienie się na oglądaniu doświadczeń trwa zbyt długo i następuje swoistego rodzaju „przegadanie” i „rozmycie”

- uznawanie pierwszych pojawiających się zmian za sygnał definitywnego rozwiązania problemów – z psychoterapią jest podobnie jak z antybiotykami: efekty ich przyjmowania w przypadku choroby nierzadko pojawiają się dość szybko, co kusi do ich odstawienia.  Efektem jednak może być nawrót choroby. Podobnie w terapii, niejednokrotnie po kilku spotkaniach pacjent/klient czuje się lepiej, samo opowiedzenie swojej historii, może przynieść sporą ulgę i uspokojenie, co zarówno terapeutę jak i jego klienta może doprowadzić do wniosku, że o to wszystko jest już dobrze. Taka zmiana nie musi jednak być zbyt trwała

- zbyt długie trwanie spotkań terapeutycznych – przy terapii indywidualnej między klientem a terapeutą zwykle tworzy się więź, pojawia się sympatia, przywiązanie czy też po prostu przyzwyczajenie do regularnych spotkań i rozmów na ważne tematy. Może to skutecznie uniemożliwiać jednak rozstanie się w odpowiednim momencie i wtórnie prowadzić do pojawiania się objawów, po to aby utrzymać więź z terapeutą. Dlatego po stronie psychoterapeuty jest stałe sprawdzanie poziomu doświadczanych zmian u klienta oraz stopnia rozwiązania jego problemu i superwizowanie takiej terapii gdy zauważy on, że klient ma trudność z rozstaniem się z nim.

Po stronie klienta można wyróżnić:

- oczekiwanie co do natychmiastowych, skutecznych i trwałych zmian – podchodzenie do psychoterapii nieco jak do brania leku i pragnienie żeby jak najszybciej zadziałała. Warto pamiętać, że psychoterapia to pewien proces, który musi trochę potrwać aby zauważalne były jego efekty

- potrzeba uzyskania dobrych rad od terapeuty – czyli konkretnych sposobów na rozwiązanie określonych trudności lub wskazania właściwego sposobu postępowania w sytuacjach życiowych. Psychoterapeuta nie daje rad, a przynajmniej nie powinien tego robić, co bywa dla klientów i pacjentów mocno frustrujące

- przerzucanie odpowiedzialności za zmianę na terapeutę – może się z tym wiązać obarczanie go winą za doznane niepowodzenie. Klienci i pacjenci przychodzą czasem do gabinetu z pomysłem, że to terapeuta dokona jakiejś zmiany w ich życiu a ich udział w tym będzie minimalny lub całkowicie bierny. Zmiana perspektywy, umożliwienie pacjentowi dostrzeżenia wpływu na swoje życie i zmiany w nim zachodzące są ważnym elementem terapii.

To oczywiście bardzo ogólne przedstawienie możliwych czynników zagrażających powodzeniu terapii, wynikają one w dużym stopniu z mojego patrzenia na terapię; inny terapeuta mógłby wskazać na zupełnie inne przyczyny


VN:F [1.9.2_1090]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Od samego początku psychoanaliza była dla mnie niespecjalnie atrakcyjna. Już na studiach, pojęcia, teorie oraz mechanizmy z niej się wywodzące były dla mnie mętne, nieprzekonujące, nadmiernie skomplikowane. Średnio przekonywały mnie tezy formułowane przez autorów zaczynające się od „z mojego doświadczenia wynika”, „zaobserwowałem, że” a odnoszące się do całościowego funkcjonowania człowieka i jego determinantów. Ponadto mało wiarygodne i atrakcyjne zdawało się mi być powielanie tych samych teorii, i po niewielkich modyfikacjach przedstawiane jako coś zupełnie nowego i odmiennego.

Przez długi czas psychoterapia oraz praca psychologa klinicysty kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z psychoanalizą, w związku z czym, w ogóle nie widziałem się w tej działce psychologii a bardziej pociągająca była dla mnie ta związana z psychologią biznesu jawiąca się mi jako bardziej konkretna, logiczna, zrozumiała a co najważniejsze praktyczna. Przemiana nastąpiła w zasadzie niemal w ostatnim momencie ale to temat na zupełnie inną opowieść.

Kiedy już owa przemiana się we mnie dokonała i postanowiłem zostać terapeutą, zobaczyłem, że praca klinicysty nie musi się wiązać koniecznie z odnoszeniem się do analizy oraz, że istnieje wiele innych ciekawych pomysłów na pracę terapeutyczną niekoniecznie związanych z analizowaniem przeniesień i przeciwprzeniesień czy też wczesnodziecięcych relacji z obiektem.  Tym atrakcyjniejszym kierunkiem była terapia systemowa i pierwsze szkolenie z nią związane, w jakim uczestniczyłem.

Pod koniec studiów, intensywne szkolenie się (byłem wtedy w trakcie dwóch szkoleń) łączyłem z wolontariatem. W jednym z miejsc tenże wolontariat zamienił się w zasadzie w pracę, z tym że gratyfikacją dla mnie było opłacenie pierwszego roku dowolnie wybranego szkolenia przygotowującego do certyfikatu psychoterapeuty.  Tam, gdzie moje rola opisywana była jako „asystent psychoterapeuty” głównym sposobem pracy z pacjentami była psychoterapia grupowa. Dlatego też, żywiąc przekonanie, że to będzie w przyszłości moje miejsce pracy, jako ośrodek szkolenia wybrałem sobie Instytut Analizy Grupowej „Rasztów” Nim rozpocząłem tam szkolenie, poczytałem trochę na temat analizy grupowej i stworzyłem sobie jej obraz jako pewnego połączenia niektórych założeń teorii systemów (tych odnoszących się do tego jak na siebie wpływają ludzie w grupie) oraz psychoanalizy, do której niechęć zdążyła mi opaść. Pomyślnie przeszedłem rozmowę kwalifikacyjną i rozpocząłem szkolenie

W „Rasztowie” pierwszy rok szkolenia to dwudniowe spotkania raz w miesiącu. Pierwszego dnia odbywały się wykłady obejmujące zagadnienia teoretyczne), zaś drugiego przez cały dzień trwała szkoleniowa analiza grupowa, zaplanowana na całe cztery lata szkolenia i stanowiąca wymaganą do certyfikatu terapię własną.

Terapia grupowa była doświadczeniem niezwykle cennym i głęboko rozwijającym. Zwiększyła się moja świadomość samego siebie, tego jak funkcjonuję w grupie, jak jestem odbierany przez innych i do jakich swoich doświadczeń i mechanizmów funkcjonowania nawiązuje najczęściej. Nie zawsze były to odkrycia przyjemne, ale na pewno ubogacające. Z bliska mogłem również obserwować bardzo specyficzny styl pracy terapeuty: oparty na sporym wycofaniu się i interpretowaniu tego co się dzieje w czasie sesji poprzez odniesienie się do grupy jako całości a także tworzenie metafor związanych z procesem grupowym. I tu pojawił się pierwszy problem: to nie był styl odpowiadający mojemu sposobowi bycia i aby tak pracować musiałbym zachowywać się w sposób nienaturalny.

Drugi kłopot dotyczył dość rygorystycznych warunków jakie muszą zostać spełnione aby samemu taką grupę poprowadzić, co jest niezbędne już w trakcie szkolenia w celach superwizji. Wymaga to bowiem zebrania, jeśli dobrze pamiętam, minimum siedmiu osób, które zobowiążą się do płacenie i uczestniczenia w sesjach grupowych przez minimum rok. Taką grupę ponadto należało regularnie superwizować, co podnosiło koszty szkolenia. Ponadto konieczne było posiadanie koterapeuty, również pracującego w ten sam sposób. Dla terapeutów z większych miast, gdzie absolwentów Rasztowa lub osób w ostatnich latach szkolenia to nie jest zbyt wielki kłopot dla takich jak ja, pracujących w mniejszych miastach, może się to okazać przeszkodą nie do przeskoczenia.

Kłopot trzeci a zarazem decydujący wiązał się dla mnie z treściami przekazywanymi podczas wykładów. Doprowadziły one mnie do wniosku, że w tej formie psychoanaliza jest martwa, zjadająca swój własny ogon, oparta na oderwanych od rzeczywistości założeniach i zupełnie ignorująca przemiany kulturowe oraz społeczne.  Nie było w tym dla mnie nic atrakcyjnego, fascynującego, pobudzającego do intelektualnego wysiłku. Martwota zaś przyszła mi do głowy gdy pomyślałem sobie że jeśli chodzi o teoretyczną stronę psychoanalizy to absolutnie wszystko zostało już powiedziane. Kroplą przelewającą czarę goryczy okazało się odczytanie podczas jednego z wykładów, polecenia jakie wypowiadał w kierunku do swoich pacjentów sto lat wcześniej Zygmunt Freud. Poczułem wtedy z całą mocą, że jestem w nieodpowiednim miejscu. Krótko potem przerwałem szkolenie.

Na doświadczenie rocznego szkolenia w „Rasztowie” patrzę z dwóch perspektyw. Pierwsza, dość ponura, to taka, że zmarnowałem czas i pieniądze, które mogłyby mi się przydać na co najmniej rok bardziej użytecznego dla mnie jako terapeuty szkolenia. Z drugiej strony, dobrym doświadczeniem, było roczne uczestnictwo w analizie grupowej. Wiąże się ono z korzyściami rozwojowymi, o których pisałem wyżej ale również z warsztatowymi, z tego co tam zobaczyłem w różny sposób sam korzystam podczas prowadzenia grup terapeutycznych. Ponadto poznanie i doświadczenie psychoanalizy utwierdziło mnie w przekonaniu, że to nie jest nurt dla mnie


VN:F [1.9.2_1090]
Rating: 8.3/10 (3 votes cast)

Moje blogowanie

Marzec 5, 2010 | 4 komentarze

Dzisiaj mija dokładnie rok, od kiedy na sophers.pl pojawił się pierwszy post. Bez bicia przyznaje się, że w momencie, w którym rejestrowałem niniejszą domenę nie miałem większego pojęcia po co to robię a pomysł na to o czym chcę pisać był nie mniej mglisty gdy kończyła się instalacja WordPressa. No i doskonale widać to po pierwszych kilku postach, które, delikatnie mówiąc są nieco bezsensu ;-)

Jest to moja najdłuższa, jak dotąd, przygoda z prowadzeniem blogaska; jakiś czas temu wpadł mi do głowy pomysł bloga stricte psychologicznego, zapału jednak wystarczyło mi na 9 postów w przeciągu 4 miesięcy.  Motywujące było dopiero założenie o pisaniu absolutnie wszystkiego na co mi przyjdzie ochota co i tak skończyło się naturalnym zwrotem w kierunku psychologii i psychoterapii.

W pierwszych miesiącach blogasek rejestrował nieco ponad 200 odsłon w miesiącu, obecnie jest to ok 1500 odsłon w miesiącu i 700-800 UU (do 1000)  i ok. 50 subskrybujących przez RSS. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu blogerów te liczby to jeden i to dość kiepski dzień, ale dla mnie, biorąc pod uwagę, nieregularność pojawiania się nowych notek, mój styl pisania oraz poruszaną tematykę to powód do radości. Cieszy zwłaszcza nieznaczny (z paroma wyjątkami) ale stały i regularny wzrost tutaj zaglądających.

Najpopularniejszy post dotyczył zarobków psychologów (jest również fraza z wyszukiwarki po której najwięcej osób tutaj trafia) jest jednocześnie moim zdaniem najsłabszym tekstem ze wszystkich jakie tu napisałem. Dla mnie nauczka aby więcej nie pisać na zadany temat (tutaj przez wtyczkę Skibrit) a czekać aż przyjdzie pomysł wraz z weną. Sporo czytelników znalazły również teksty o ściemnionej psychoterapii i polemika z blogerem w kwestii rzekomo dramatycznie zaburzonych psychologów.

Na pierwsze urodziny blogasek dostał nowy wygląd oraz szaloną intensyfikację pojawiania się nowych wpisów, w tempie 5 postów przez 5 dni.

Wszystkim, tutaj zaglądającym i komentującym, serdecznie dziękuje za zainteresowanie i zapraszam do odwiedzania mnie przez kolejny rok :)


VN:F [1.9.2_1090]
Rating: 9.7/10 (3 votes cast)

„Sophers znana postać medialna, tyci przy nim jest kosmos, gaśnie gwiazda polarna” ;-)   Pismo „Bella Relaks” (nie ma strony internetowej) poprosiło moją skromną osobę o odpowiedź na trzy krótkie pytania

Czym spowodowana jest agresja u młodzieży?

Przyczyny mogą być rozmaite. Do najczęstszych należą, wzorce wyniesione z domu, problemy w relacjach z rodzicami,  chęć zdobycia pozycji w grupie rówieśniczej, kłopot związany z samooceną oraz brak umiejętności właściwego radzenia sobie w sytuacjach stresowych. Duże znaczenie mają również czynniki kulturowe i społeczne, związane z wpływem tego co dociera do młodzieży w internecie czy telewizji

Co powinni zrobić rodzice, kiedy dowiadują się o agresywnych zachowaniach swojego dziecka?

Ważna jest tu szczera i konkretna rozmowa na temat tego co rodzice zobaczyli, co o tym myślą i czego związku z tym od dziecka oczekują. Po stronie rodziców jest zadanie postawienia granic i jasnego określenia co się stanie gdy zostaną one przez dziecko przekroczone. Ponadto warto również porozmawiać z dzieckiem o tym jak to się stało, że takie zachowania się u niego pojawiły, z czym ono je wiąże. Być może opowie ono wtedy o jakimś kłopocie, dotychczas nie dostrzeganym przez rodziców. Nie może to jednak powodować przyzwolenia na agresywne zachowania.

Czego robić w takich sytacjach nie można?

Negocjować z dzieckiem, samemu stosować przemoc wobec dziecka, dawać przyzwolenia na agresywne zachowania, ulegać zapewnieniom że od teraz wszystko już będzie dobrze, nie dać się samemu zastraszyć oraz pozwolić na to, żeby sprawa „rozeszła się po kościach”. Jest to problem, wymagający poświęcenia czasu i uwagi nawet przy sprzeciwie młodego człowieka.  To równie trudne dla rodzica jak i dla dziecka, z tym że większa odpowiedzialność w tym przypadku jest po stronie dorosłego.


VN:F [1.9.2_1090]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Jedną z najważniejszych różnić pomiędzy wszelkiego rodzaju magików i cudotwórców obiecujących szybkie i bezbolesne wyeliminowanie dręczących problemów od profesjonalnych psychoterapeutów jest to że ci drudzy poddają ( a przynajmniej powinni) swoją pracę stałej superwizji

Superwizja to konsultowanie swojej pracy terapeutycznej z klientem/pacjentem przez psychoterapeutę z innym terapeutą. Zwykle z bardziej doświadczonym, posiadającym certyfikat superwizora. Konsultacja taka opiera się na uznaniu, że terapeuta nie jest wszechwiedzącym i wszechogarniającym omnibusem, dlatego też spojrzenie „z boku” może być użyteczne zarówno dla terapeuty jak i dla jego klienta/pacjenta.

Superwizowanie przebiega zwykle na dwóch poziomach: analizie tego co się dzieje z terapeutą oraz na przyglądaniu się przebiegowi terapii. Podczas pracy terapeutycznej terapeuta doświadcza rozmaitych stanów: zmęczenia, euforii, strachu, złości, bezradności itd, itp – mają one ogromny wpływ na to jak przebiega terapia i często mogą one być całkowicie lub w jakiejś części nie dostrzegane przez terapeutę. W rozmowie z superwizorem możliwe jest  odkrycie jakie istotne dla terapeuty kwestie zostały poruszone w trakcie pracy z klientem/pacjentem i jaki jest ich wpływ na terapię. Zwiększa to rozumienie samego siebie przez terapeutę, ma on większy ogląd tego co się dzieje w trakcie terapii i jaki to ma wpływ na osobę, z którą pracuje. Często jest to doświadczenie „uwalniające” skutkujące większą efektywnością i zapałem do pracy.

Drugi obszar superwizji – przebieg procesu – umożliwia terapeucie podzielenie się swoimi pomysłami na temat tego jak pracować i do czego zmierzać i wzbogacić je podczas dyskusji z superwizorem albo zobaczyć je z innej perspektywy. Jest to szczególnie cenne w sytuacjach gdy terapeuta ma poczucie, że założone na początku terapii  cele nie są osiągane lub zaczyna mu brakować pomysłów na skuteczną pracę. Takie „oglądanie” procesu umożliwia skuteczniejszą pracę, dostarcza nowych pomysłów, hipotez oraz zwraca uwagę na dotychczas niedostrzegane obszary.

Formy superwizji zasadniczo są dwie: indywidualna oraz grupowa. Na spotkaniu twarzą w twarz z superwizorem więcej miejsca jest na analizowanie przeżyć terapeuty ( często bardzo podobne jak podczas psychoterapii) zaś podczas pracy w grupie większy nacisk kładzie się na przebieg procesu terapeutycznego. Wartością grupowej superwizji jest wielość pomysłów, hipotez i spojrzeń jakie mogą pojawiać się podczas omawiania zgłoszonej pracy terapeutycznej. Uczestnicy dzielą się nawzajem swoimi doświadczeniami i nawet gdy tylko uczestniczą w omawianiu to zdobywają wartościowe pomysły i sposoby na pracę. Grupowa superwizja jest szczególnie użyteczna dla terapeutów systemowych

Superwizorzy mają różne wymagania co do formy przedstawiania tematów superwizyjnych. Niektórym wystarcza tylko jak terapeuta własnymi słowami opowie o swojej pracy z klientem/pacjentem, inni oczekują zapisów audio, video, lub dokładnego zapisu sesji na papierze. Podczas moich superwizji rysujemy genogram klienta/pacjenta i przedstawiamy go superwizorowi i grupie. Warto zaznaczyć, że zarówno superwizora jak i , w przypadku grupowej pracy, uczestnicy grupy zobowiązani są do przestrzegania tajemnicy zawodowej.

Terapeuci wybierają do przedstawiania podczas superwizji swoją pracę z tymi klientami, którzy sprawiają im jakiś szczególny kłopot. Bywa jednak tak, że superwizują, wszystkich swoich klientów/pacjentów. Zależy to zwykle od dostępności superwizji. W Polsce, niestety, superwizorów brakuje, spotkania z nimi są dość kosztowne a ich dostępność niezadowalająca. Szczególnie się to tyczy superwizorów Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego

Superwizja jest wymagana do zdobycia certyfikatu psychoterapeuty – stanowi ona element kształcenia i oceny pracy terapeuty. Sądzę jednak, że nigdy nie następuje taki moment, w którym uznać by można, że superwizja nie jest już potrzebna. Nawet superwizorzy konsultują swoją pracę z innymi terapeutami

Z perspektywy klienta/pacjenta warto zapytać swojego terapeutę o to czy i gdzie superwizuje swoją pracę. Jest to jeden z wyznaczników profesjonalizmu i poważnego podejścia do swojej pracy.


VN:F [1.9.2_1090]
Rating: 9.5/10 (2 votes cast)

Niniejszy post inauguruje cykl na tym blogasku, który postanowiłem sobie nazwać „Psychowieści”

Jak donosi Psychcentral.com najnowsze badania wykazały związek pomiędzy doznaniami psychotycznymi (urojenia, omamy) a paleniem marihuany. Profesor John McGrath z Uniwersytetu Queensland w Australii przebadał 3801 osób urodzonych w latach 1981-1984. Zostali oni zapytani o zażywanie marihuany oraz za pomocą metod kwestionariuszowych i wywiadu  sprawdzono występowanie objawów psychotycznych. Uzyskane wyniki wskazują, że w porównaniu do tych którzy nie mieli styczności z narkotykiem, zażywający marihuanę dwukrotnie częściej zapadali na schizofrenię i inne nieafektywne psychozy  oraz mieli  czterokrotnie wyższe wyniki w kwestionariuszu badającym występowanie urojeń. Badaniem objęto osoby zażywające ten narkotyk co najmniej przez kilka lat

Badacze wskazują również na złożony związek pomiędzy objawami psychotycznymi a używaniem kanabinoli: mający doznania psychotyczne we wczesnym okresie swojego życia, częściej sięgają po marihuanę co może skutkować rozwinięciem się zaburzeń psychotycznych (np. schizofrenii) w przyszłości.

Większość osób, które trafia na oddział psychiatryczny, na którym pracuje z objawami psychotycznymi, miało w przeszłości lub aktualnie ma do czynienia z narkotykami. Najczęściej to marihuana właśnie, amfetamina lub kokaina. Właściwe nader rzadko zdarza się „czysta” tzn nie związana z substancjami psychoaktywnymi psychoza. Pacjenci, zazwyczaj młodzi ludzie, doświadczają rozbudowanych urojeń i realnych omamów (zwykle o charakterze słuchowym) Ustępują one zazwyczaj po kilku lub kilkunastu dniach, nierzadko jednak utrzymują się dłużej. Pacjenci tacy doświadczają również znaczących problemów z koncentracją uwagi, zaburzeń pamięci trwałej i długotrwałej a niekiedy dochodzi u nich do organicznych zmian w ośrodkowym układzie nerwowym

Marihuana i inne narkotyki często stanowią czynnik spustowy np. dla schizofrenii paranoidalnej. Leczenie jest znacznie trudniejsze gdy wiąże się z uzależnieniem. Wielokrotnie zdarzało się, że pacjenci po opuszczeniu oddziału, zarzucali leczenie i nadal zażywali narkotyki co w krótkim czasie prowadziło do znaczącego pogorszenia się ich stanu.

Wokół marihuany narosło wiele mitów; najczęściej spotykam się z tym dotyczącym znikomej szkodliwości jej zażywania lub wręcz prozdrowotnych właściwościach. Badania takie jak te, powinny skłaniać do głębszej refleksji nad marihuaną i skutkami jakie za sobą niesie ich zażywanie.


VN:F [1.9.2_1090]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

W ostatnich dniach wiele emocji wzbudził rządowy projekt zmian w ustawie o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Szczególnie ostro protestują przeciwko niemu środowiska katolickie z Frondą  na czele. Główne zarzuty jakie stawiane są tej propozycji zmian w prawie dotyczą m.in nadmiernej ingerencji państwa w funkcjonowanie rodziny. Dotyczy to powołania zespołów interdyscyplinarnych zajmujących się monitorowaniem i kontrolowaniem środowisk, co do których istnieje podejrzenie iż może w nich dochodzić do aktów przemocy rodzinnej (w szczególności wobec kobiet i dzieci) Kontrowersje budzi również pomysł odbierania dzieci w przypadku sygnałów o niewłaściwej opiece lub ich krzywdzeniu oraz szeroka definicja przemocy i całkowity zakaz stosowania kar cielesnych wobec dzieci.

Wedle policyjnych statystyk w roku 2008 ofiarą przemocy w rodzinie padło blisko 140 tysięcy osób w tym  31 tysięcy dzieci do 13 roku życia. Mowa tutaj o przypadkach zgłoszonych i poddanych procedurze „Niebieskiej Karty”  Badanie przeprowadzone przez OBOP w 2007 roku  wykazało że 36 procent respondentów doznało jakiejś formy przemocy ze strony członka swojej rodziny. 14 procent badanych zaś stwierdziło że żyje w gospodarstwie domowym gdzie ofiarą przemocy jest dziecko.

Według najogólniejszej definicji o przemocy domowej można mówić wtedy gdy „członek rodziny, mąż, żona lub partner próbuje zdominować fizycznie lub psychicznie drugiego partnera, dzieci, rodziców, dziadków, teściów, etc., używając przewagi fizycznej, gróźb, szantażu, w celu zranienia moralnie lub fizycznie. Przemoc w rodzinie to zamierzone i wykorzystujące przewagę sił działanie przeciw członkowi rodziny, naruszające prawa i dobra osobiste, powodujące cierpienie i szkody” (wikipedia)

Co do tego, że przemoc wobec członków rodziny jest zjawiskiem negatywnym zgadzają się prawie wszyscy; problem jednak dotyczy tego kiedy dane zachowanie można określić jako przemoc oraz w jakich sytuacjach jest ona akceptowalna. Spór dotyczący stosowania kar cielesnych wobec dzieci toczy się od dawna: wielu rodziców uważa ten środek wychowawczy za oczywisty, zaś próby prawnego jego ograniczenia widziane są jako zamach na osobistą wolność i prawo do decydowania o sposobie wychowywania dziecka.

Z argumentów przeciwników projektu ustawy, w moim odczuciu, wybija się stawianie rodziny ponad jednostkę. Ważniejsza jest ochrona ogniska domowego, trzymanie go w całości niż to czego doświadczają w niej jego członkowie. Rodzina, w tym rozumieniu, to wartość sama w sobie i nie należy w nią ingerować, nawet wtedy gdy dzieją się w niej rzeczy złe lub pojawia się co do tego jakieś podejrzenie.

Głęboko się z tym nie zgadzam. Moim zdaniem takie podejście, to pośrednie, wspieranie i akceptowanie zjawisk o charakterze patologicznym i jednoznacznie szkodliwym. Znam multum historii, w których kobiety i dzieci przez wiele lat narażone były na fizyczną i psychiczną przemoc ze strony mężów, ojców i matek. Działo się to zwykle w ciszy domowego ogniska, otoczone milczącym przyzwoleniem, wspierane przez brak możliwości zwrócenia się do kogokolwiek oraz przez brak wystarczająco skutecznych instrumentów ze strony państwa. Próby wyrwania się z matni trafiały często na niechęć otoczenia by zobaczyć problem, obwinianie o jego wywołanie lub mniej lub bardziej wprost formułowany nakaz trwania w pokorze i dbania o rodzinę czy małżeństwo. Te formy zachowania i postaw przenoszą się z pokolenia na pokolenie i jawią się jako coś oczywistego. Wspiera to właśnie kultura, w jakiej żyjemy, w znacznym stopniu gloryfikująca rodzinę i pomijająca jednostkę.

Nie jest tak, oczywiście, że rodzina jest zła sama w sobie. Piszę tu o przypadkach ekstremalnych, zdarzających się, w ogólnym rozrachunku, nader rzadko. To nie oznacza jednak, że można  przejść nad nimi do porządku dziennego i udawać że wszystko jest w porządku. Dlatego jestem za polityką „zera tolerancji” dla przemocy w rodzinie i jako krok w tym kierunku jawi mi się ten projekt ustawy. Zobowiązuje on, pod groźbą sankcji prawnych, osoby dostrzegające przemoc do podjęcia działań, mobilizuje organy państwa do zajęcia się tą sprawą oraz daje im ku temu skuteczne narzędzia. Nie ma idealnego systemu; w każdym może dochodzić do nadużyć lub najzwyczajniejszych pomyłek, ten daje jednak nadzieję na to, że choć część ofiar przemocy dostanie odpowiednią pomoc.

Temat ten już teraz wywołuje dyskusję i opór ze strony środowisk katolickich, widzących w nim atak na swoje wartości. Dlatego też, zapewne trudne będzie doprowadzenie go do końca. Mam nadzieję, że Donaldowi Tuskowi wystarczy odwagi i determinacji aby wprowadzić te rozwiązania w życie.


VN:F [1.9.2_1090]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

O emocjach

Marzec 1, 2010 | Skomentuj ten tekst

Emocje w tradycyjnym ujęciu widziane są jako wewnętrzne, psychologiczne stany których doświadczamy. Znany jest stały katalog „podstawowych” emocji (radość, złość, strach, wstręt, smutek, zaskoczenie, zaciekawienie, akceptacja), sposoby ich okazywania oraz sytuacje w jakich najczęściej się one pojawiają. Ich brak, niewystarczające natężenie lub nieumiejętność rozpoznawania uznawane są za zaburzenie same w sobie tudzież jako składnik innych poważnych problemów.

W procesie psychoterapii analizuje się je, próbuje doprowadzić do ich ujawnienia. Często uznawane niemal za istniejące byty, które można opisać, zrozumieć i dokładnie wyjaśnić ich adekwatność

Tymczasem z perspektywy społecznego konstrukcjonizmu, odwołującego się do filozofa Ludwiga Wittgensteina, na emocje spojrzeć można jako na kulturowo specyficzny sposób komunikowania się. Oznacza to, że znaczenie jakie im się nadaje, sposób w jaki się je okazuje oraz sytuacje, w których się one pojawiają zależne są od kontekstu, kulturowego, społecznego i historycznego.

W tym ujęciu emocje są krótkotrwałymi „rolami”, które odgrywamy. Pojawiają się one w interakcji pomiędzy rzeczywistymi lub wyobrażonymi osobami  w specyficznych sytuacjach. Stanowią one komunikaty, które można zrozumieć jedynie poprzez analizę kontekstu w jakim się pojawiają.

Sposób w jaki „korzystamy” z emocji częściowo odnosi się do płci, kultury itd a częściowo do specyficznego kontekstu i w pewnej części do oczekiwania co do określonej odpowiedzi. Terapeuci pracujący systemowo ciekawi są tego jak ich klienci doszli do takiego czucia emocji i okazywania jej w określony sposób. Emocje bowiem odwołują się do osobistych wartości, które nabywamy w naszej rodzinie, społeczeństwie oraz kulturze. Emocje zatem nie są czymś uniwersalnym ale kulturowo konstruowanym i specyficznym.

Czucie emocji oraz ich okazywanie są psychologicznym odpowiednikiem wypowiedzi, rodzajem „słownika” zawierającego określone znaki. Terapia ma za zadanie pomóc klientowi „odkryć” znaczenia jakie mają emocje, to co one mówią, do kogo i po co.  Na sesji terapeutycznej mają zostać przywołane opowieści, które wiążą się z określonymi stanami emocjonalnymi. Zadaniem terapeuty jest pomóc klientowi  „zdekonstruować” emocje i nadać im sens.

Ten proces „dekonstruowania” bywa bardzo pomocny przy wszelkiego rodzaju depresjach, nerwicach, lękach, trudnościach w opanowaniu złości, nieśmiałości  itd, itp. Jest to często trudna i czasochłonna praca, ze względu na wprowadzanie do rozmowy trochę innego języka i rozumienia, odmiennego od tego powszechnego w naszej kulturze.

Przyjrzenie się emocjom i ich funkcji to często wstęp do poszukiwania innych sposobów komunikowania się i osiągania celów,a także wprowadzania zmian w rozumieniu siebie i otoczenia.

Przy pisaniu tej notki korzystałem z:  „An introduction to systemic therapy with individuals” Frana Hedgesa


VN:F [1.9.2_1090]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

« Newer PostsOlder Posts »
?>