sty
22
Mity, stereotypy, uogólnienia czyli kto i po co studiuje psychologię
Styczeń 22, 2010 | 8 komentarze
Na główną stronę wykop.pl, teksty o psychologach, psychiatrii czy psychoterapii trafiają raczej rzadko. A jeśli już, to zazwyczaj w formie jakiegoś sensacyjno-demaskującego tekstu ujawniającego “porażającą prawdę” lub opisującego jakąś straszliwą aferę z tej działki. Do pierwszego rodzaju należy wpis na blogu pewnego psychologa, objawiającego brutalną rzekomo prawdę o adeptach tej profesji
Już drugi akapit jest zaskakujący: “Jeśli 3/4 ludzi jest w jakimś stopniu zaburzonych, to na studiach psychologicznych jest to co najmniej 90%.” Autor niestety nie objaśnia skąd ma takie dane i na jakiej podstawie wysuwa takie wnioski. Brzmi to jak “mądrość ludowa”, a jest raczej najzwyczajniejszym stereotypem lub stwierdzeniem godnym studenta 3 roku psychologii, który właśnie zaczął się uczyć o psychopatologii i u wszystkich dookoła, nie wyłączając samego siebie, zaczyna dostrzegać większe i mniejsze zaburzenia oraz problemy.
Autor nie zwalnia tempa i szybko dokonuje niesłychanie wnikliwej analizy charakterologicznej kobiet-psychologów wraz z rzetelnym przeglądem badań i doniesień na temat ich kompetencji oraz wybieranych po zakończeniu edukacji ścieżek zawodowych “Wiele psycholożek (bo to jednak głównie kobiecy zawód) kończy swój zawodowy rozwój wraz z uzyskanie tytułu magistra. Wiele z tych osób kończy uczelnię z bardzo dobrymi ocenami, a o naturze ludzkich problemów nie ma zielonego pojęcia. Co innego nauczyć się i zdać, a co innego rozumieć. Mam znajomych, którzy potrafili pozaliczać wszystko na bardzo dobre oceny, a nie potrafili nawet części tej wiedzy odnieść do innych, a już wcale do siebie. To jak uczenie się sztuki – przy odrobinie wytrwałości i „kujoństwa” można perfekcyjnie opanować teorię, a nic nie umieć narysować. Problem tkwi właśnie w tym, że taka dobra uczennica – psycholożka – trafia potem do poradni już jako praktyk.” Zaiste, wysuwanie takich wniosków mając tak rzetelne przesłanki jest godne podziwu. “Jedna z bliskich mi osób szukała pomocy u takiej pani psycholog. Miała szczęście, ponieważ ta jej psycholożka okazała się uczciwa – powiedziała, że nie może jej pomóc, bo sama ma taki sam problem.” – to stwierdzenie nasunęło mi myśl, że szanowny autor wpisu widzi psychologów jako osoby wolne od jakichkolwiek problemów.
W tak wnikliwym i rzetelnym tekście nie mogło zabraknąć dogłębnej analizy motywów jakimi kierują się ludzie wybierając psychologię jako kierunek do studiowania. Przytacza tu bliżej niezidentyfikowanego wykładowcę, który popisał się stwierdzeniem “że większość studentek psychologii minęła się z powołaniem, ponieważ powinny pójść na pielęgniarstwo. Wypełniłyby swoją misję pomagania innym z lepszych efektem dla ludzkości, bo niestety pojąć istoty psychologii nie są w stanie” Ciekaw jestem w jakich, okolicznościach i w jakim towarzystwie ten wielce uznany akademik wygłasza takie opinie. Znam psycholożki, które takie słowa od pana wykładowcy skwitowałaby by plaskaczem w uczoną twarz i trzaśnięciem drzwiami. W rozsądnym towarzystwie ten tuz intelektualny zostałby obśmiany lub napiętnowany. Jest to bowiem, moim zdaniem, stwierdzenie seksistowskie i najzwyczajniej w świecie dezawuujące kobiety będące lub zamierzające zostać psychologami. Pełnymi garściami czerpie z kulturowego wzorca słabej, mniej zdolnej emocjonalnie od mężczyzny do pełnienia określonych ról społecznych i zawodowych.
“Gdybym miał być szczery sam ze sobą, to pomimo osobistej sympatii do poszczególnych ludzi, nie poleciłbym jako psychologów 90% z moich znajomych, z którymi kończyłem studia” Gdybym był znajomym autora zastanowiłbym się bardzo poważnie czy utrzymać z nim stosunki towarzyskie po tych słowach. Wybija się z tych słów poczucie wyższości i wszechwiedzy na temat ludzi. I kolejny mit: studiujący psychologię są w większości tak zaburzeni, że z świecą należy szukać tych “zdrowych” Cokolwiek to znaczy. To doskonały sposób, na utwierdzenie się w poczuciu własnej wyjątkowości (bo przecież nikt się nie przyzna że sam należy do tych 90%) stosowany niestety przez wielu psychologów. Z tego typu argumentem spotykam się również u osób, których oczekiwania (często dość znaczne) wobec terapii i terapeutów nie zostały zaspokojone. Można sobie również w ten sposób wytłumaczyć bezsens jakiejkolwiek próby pomocy samemu sobie – bo przecież 90 procent to dramat, nie psychologowie. Jakkolwiek użyteczne, do różnych celów, to myślenie, tak kompletnie oderwane od rzeczywistości. No chyba, że ktoś ma w głowie idealnego terapeutę:
“Na podstawie tych doświadczeń i wiedzy mam dość przygnębiające wnioski – sensownych i naprawdę godnych polecenia terapeutów jest jednak mniejszość, góra 1/4. Reszta niestety albo nawet nie próbowała przerobić swoich problemów (lub co gorsza nawet nie jest ich świadoma), albo im się to nie udało z uwagi na to, że skończyli kiepską terapię własną. Nie chcę tu poddawać jakiejś subiektywnej ocenie postawy innych ludzi, ale nikt nie jest w stanie mnie przekonać, że dobrym terapeutą może być np. ciapowaty, depresyjny facet bez cienia męskości.” Świetny zabieg, gratulacje dla autora. Nie chce subiektywnie oceniać postaw… po czym to właśnie robi. Brawa. Wraca tu jak echo, pomysł, o idealnym terapeucie, z przepracowanymi wszelkimi problemami i właściwie ich nie doświadczającym i prezentującym się zawsze i wszędzie jak emocjonalny heros. Ten idealny terapeuta to mityczne stworzenie. Tymczasem psychoterapeuci to zwykli ludzie, z większymi i mniejszymi problemami, lepiej lub gorzej sobie z nimi radzący. Owszem, może nieco bardziej ich świadomi, potrafiący je nazwać ale bez przesady. I co to właściwie jest ta męskość? Szkoda, że autor tego nie uściślił.
Nie wiem, czy autor tego tekstu pracuje jako terapeuta (albo będzie to robił w przyszłości) ale z takimi poglądami i sposobami myślenia może być mu ciężko odnaleźć się w tym zawodzie.
Żeby zostać psychoterapeutą (wystarczająco dobrym, nie idealnym) trzeba wiele lat nauki, doświadczeń i pracy nad sobą – to jest oczywiste. Nie dajmy się jednak zwariować, że o to żyjemy w świecie gdzie otaczają nas niekompetentne konowały, które mogą nam zrobić krzywdę. Każdemu klientowi może się dobrze pracować z innym terapeutą – tu nie ma jednego wzoru czy zasady. Ale to, że ktoś ma złe wspomnienia o terapeucie lub tenże z tych czy innych powodów nie spełnił jego oczekiwań nie oznacza, że terapeuta jest do bani i powinien zmienić zawód. To szalenie subiektywna kwestia.
sty
17
Team reflektujący Toma Andersena
Styczeń 17, 2010 | 3 komentarze
Z koncepcją teamu reflektującego spotkałem się już kilka lat temu przy okazji mojego pierwszego szkolenia systemowego. Było to jednak przedstawiane w charakterze ciekawostki, nowinki o której warto wiedzieć. Kolejne spotkanie z tym sposobem pracy miałem na szkoleniu do certyfikatu – już w formie rozszerzonej ale wciąż teoretycznej. Aż wreszcie tydzień temu miałem okazję zaobserwować jak to działa w praktyce. Jednym z elementów naszego szkolenia terapeutycznego jest udział i obserwacja tzw. sesji symulowanych – zgłoszone przez uczestników rodziny są odgrywane; pozwala to na ćwiczenie technik terapeutycznych, praktyczną naukę stawiania hipotez, analizowanie sytuacji trudnych jakie mogą pojawiać się w trakcie pracy. Na koniec takiej symulowanej sesji, w podgrupach tworzymy tzw. interwencję końcową, będącą podsumowaniem spotkania. Ostatnio jednak prowadząca zaproponowała pewną zmianę: zastosowanie teamu reflektującego. Obserwacja działania tej metody sprawiła, że postanowiłem bliżej się jej przyjrzeć.
Twórcą koncepcji teamu reflektującego jest Tom Andersen. Był on (zmarł w wyniku wypadku w 2007, na kilka miesięcy przed planowanym warsztatem w Polsce) jednym z najbardziej znanych terapeutów stosujących podejście systemowe, oparte na społecznym konstrukcjonizmie. Do połowy lat 80. stosował w pracy z rodzinami klasyczne podejście tzw “mediolańskie”. Upraszczając w metodzie tej sesję, prowadzi jeden lub dwóch terapeutów, którym za lustrem jednostronnym towarzyszy zespół terapeutyczny, w miarę potrzeb podpowiadający prowadzącym kierunki pracy, a następnie wspólnie z terapeutami tworzący końcową interwencję (opartą na pozytywnej konotacji)
Andersen zaproponował dość rewolucyjną zmianę; zrezygnował z odseparowania zespołu od klientów oraz zaproponował aby o klientach rozmawiać przy nich. Zespół (najczęściej dwóch terapeutów) rozmawia o tym co się wydarzyło na sesji przez 10 do 15 minut. Przy czym w takiej reflektującej rozmowie biorą udział tylko obserwatorzy, zaś klienci i terapeuci jedynie się przysłuchują. Po zakończeniu rozmowy reflektującej ewentualne komentarze i spostrzeżenia wygłaszane są w rozmowie terapeutów z klientami a reflektujący znowu jedynie się przyglądają i słuchają.
Twórca koncepcji teamu reflektującego wprowadzając opisywaną tutaj zmianę miał na celu “zdemokratyzowanie” procesu terapeutycznego, zniesienie hierarchicznego modelu (dającego uprzywilejowaną pozycję terapeutom), większe włączenie w terapię i radzenie sobie z doświadczanymi problemami.
Dialog wewnętrzny i dialog zewnętrzny
Według Andersena gdy mówimy do kogoś toczymy “dialog zewnętrzny”, natomiast gdy słuchamy kogoś mówiącego do nas toczymy “dialog wewnętrzny” – co można rozumieć jako opracowywanie, analizowanie i nadawanie znaczenia temu co słyszymy. Jeżeli w trakcie rozmowy terapeutycznej kwestię o których rozmawiamy będą przekazywane z rozmów zewnętrznych do wewnętrznych a następnie z powrotem na zewnątrz to można powiedzieć że uzyskamy spojrzenie na nie z różnych wewnętrznych i zewnętrznych perspektyw. Na daną kwestię można spojrzeć z różnych perspektyw, kiedy te perspektywy zbierzemy razem, możemy uzyskać nowe pomysły na problemy nad którymi się skupiamy. Team reflektujący jest takim ugłośnieniem tych dialogów, rozmów wewnętrznych i przekazaniem ich klientom.
Trzy zasady
- zespół reflektujący powinien rozmawiać ze sobą o tym co usłyszał i zobaczył w trakcie rozmowy terapeutów z klientami. Unikać należy stwierdzeń, opinii, nadawania znaczeń. Mogą one zostać odebrane jako coś co należy rozważyć lub nawet zrobić. Jeżeli sposób rozumienia klientów jest odmienny od tego reprezentowanego przez terapeutów, mogą czuć że ten drugi jest lepszy właściwszy, lub odebrać go jako krytykę swojego działania
- komentowanie, rozmawianie bardziej o tym co się słyszy, w mniejszym stopniu o tym co jest widoczne. Klienci podczas sesji terapeutycznej mogą nie mieć ochoty na rozmawianie o pewnych sprawach i starać się je zatrzymać w sekrecie. Według Andersena mają do tego prawo i zespół reflektujący winnen to uszanować, nie “wyciągając” ich do odpowiedzi
- gdy rodzina, terapeuci i zespół reflektujący znajdują się w tym samym pokoju, podczas rozmowy reflektującej członkowie zespołu powinni mówić do siebie, nie spoglądając nawet na klientów. Może to bowiem stanowić nacisk na słuchanie tego o czym mówi zespół
Dobrowolność
Gdy Andersen pisze o swoim podejściu do terapii wielokrotnie podkreśla dobrowolność działań i zachowań klientów podczas sesji. Informuje o obecności zespołu, ale klientom zostawia decyzję co do tego czy mają ochotę go posłuchać. Gdy się na to zgodzą nie wymaga żadnego skupienia na tym o czym mówi zespół, zachęca do robienia tego na co mają ochotę. Ta swoboda ma najprawdopodobniej dać klientom maksymalne poczucie komfortu na sesji oraz umożliwić dostosowanie poziomu zaangażowania w to co się dzieje na sesji dokładnie do takiego na jaki mają gotowość.
Zastosowanie
Główny obszar stosowania teamu reflektującego to terapia rodzin. Jednakże sam Andersen wskazuje iż z powodzeniem stosować go można w procesie superwizji, szkoleń a także w terapii indywidualnej. Podczas indywidualnej pracy z klientem można “przywoływać” nieobecnych członków rodziny (trochę w podobny sposób do opisywanego wcześniej przeze mnie): “Gdyby Twoja matka słyszała to o czym rozmawiamy to co by pomyślała (dialog wewnętrzny) i co by powiedziała (dialog zewnętrzny)” W takiej sytuacji funkcję teamu reflektującego pełni sam klient.
Efekty
Korzystanie z teamu reflektujące przynosi korzyści zarówno terapeutom jak i ich klientom. Dla terapeutów jest to spore odciążenie – łatwiej im zachować neutralność, ponadto dostają kolejną perspektywę na problem, co zwykle generuje kolejne hipotezy – stają się bardziej użyteczni. Z perspektywy klienta – nieco paradoksalnie – łatwiej może być usłyszeć coś na swój temat od osoby z boku. W toku pracy terapeutycznej do terapeuty pojawiają się różne myśli, uczucia i nastawienia co sprawia, że odbiór interwencji z jego strony może podlegać pewnym zakłóceniom.
W praktyce
Bardzo zaciekawiła mnie ta metoda i myślę sobie, że otwiera ona wiele ciekawych możliwości. Szczególnie interesujące i obiecuje jest dla mnie większe zaangażowanie klientów w to co się dzieje na terapii. Z teamem reflektującym jest jednak jeden podstawowy, praktyczny problem; 4 lub 3 osobowy zespół terapeutyczny znacząco podnosi koszty takiej sesji. Dlatego też możliwy on jest do wprowadzenia póki co jedynie w publicznych placówkach. Inna kwestia to opór ze strony bardziej tradycyjnych terapeutów: team reflektujący tak jak i cały konstrukcjonizm społeczny proponuje coś zdecydowanie innego niż nurt modernistyczny, z którego czerpie wiele szkół. Niektórzy terapeuci nie przyjmują do wiadomości pewnych jego założeń, nie wpisuje on się również w tradycyjną organizację opieki psychoterapeutycznej.
Zachęcam do podzielenia się swoimi przemyśleniami.
PS. Przy tworzeniu tego wpisu korzystałem z książki “The reflecting team in action: collaborative practice in family therapy”, Stevena Friedmana, która niemal w całości jest dostępna tutaj
sty
2
Avatar
Styczeń 2, 2010 | 5 komentarze
Kłopot z filmami marketingowo zapowiadanymi jako rewolucja w kinematografii czy też niecodzienne wydarzenie polega na tym, że widz podnosi im poprzeczkę i od pobytu w kinie oczekuje czegoś co naprawdę go poruszy. Z takim nastawieniem łatwiej wychwytuje wszelkie niedociągnięcia twórców obrazu, poziom krytycyzmu wobec tego co na ekranie wzrasta
Marketing ma jednak swoje prawa i aby film przyniósł jak najwięcej zysku trzeba podbijać bębenek już na wiele miesięcy przed premierą. Rzadko się zdarza by wejście stricte rozrywkowego filmu, którego wyprodukowanie kosztowało setki milionów dolarów, do kin nie było poprzedzone zakrojoną na wielką skalę akcją reklamową. Chyba tylko “Matrix”, o ile mnie pamięć nie myli, nie budował sobie jakoś strasznie nachalnie “marki” przed wejściem do kin, stając się rewelacją mało przez kogo spodziewaną.
Wobec “Avatara” zastosowano standardową formę promocji. Chociaż nie była ona tu zbyt potrzebna. Samo nazwisko jego twórcy i sukcesy jakie za nim stoją jest wystarczającą zachętą. Dwie pierwsze odsłony “Terminatora”, druga część “Obcego”, “Titanic” – niewiele jest w Hollywood takich ludzi jak James Cameron.
Rzadko się również zdarza aby projekt tworzony w różnym tempie, od ponad ćwierć wieku, wreszcie przyjmował finalną postać. Cameron, wymyślonego w połowie lat 90. 20 wieku “Avatara” (wcześniej znanego jako “Projekt 880″) ukończył i lud tłumnie ruszył do kin. Czy warto poświęcić na niego blisko 3 godziny? Nawet najwymyślniejsza forma nie wystarczy gdy słaba jest
fabuła
Większość filmów opowiada o tym samym: o walce dobra ze złem. Czynią to w mniej lub bardziej wyrafinowany i skomplikowany sposób. Bo o to samo w gruncie rzeczy chodzi w “Matrixie” jak i we “Władcy Pierścieni”. Sztuka polega zatem na tym aby tą bardzo dobrze znaną historię opowiedzieć w sposób jak najbardziej zajmujący i poruszający widza. I Cameronowi w “Avatarze” się to udaje. Po pierwsze dzięki stworzeniu całego świata ( z niektórymi elementami ledwo zarysowanymi) z własną rasą, historią, unikalną przyrodą, podziałami, mitologią i wiarą czy przekonująco przedstawionymi zasadami funkcjonowania. Wśród tych dekoracji umieszczono bohaterów, z własną historią, celami i przekonaniami. Chociaż tu pojawia się mały zgrzyt. O ile Na’vi są “pełnokrwiści”, nieco tajemniczy, po prostu ciekawi o tyle ludzie w filmie Camerona zdają się nieco tekturowi. Charakterologicznie oczywiści od samego początku bez żadnego tła w postaci własnych historii a jeśli już jak w przypadku głównego bohatera to raczej nieco sztampowo. Mało przekonująco wypadają również ich przemiany w toku opowieści – jeśli już to przewidywalne i zupełnie nie zaskakujące. Zabrakło chyba czasu na lepsze przedstawienie Jake’a Sullego – nie widać w nim człowieka, który całe życie spędził w wojsku i gotów dla służby do największych poświęceń.
Sama historia jednak wciąga, przykuwa uwagę i trzyma w napięciu. I to chyba największa zaleta tego filmu: bez nowatorskiej techniki w jakiej został stworzony również by się w moim odczuciu obronił. Ponadto ma na tyle otwartą konstrukcję, że nie trzeba zbyt wielkiego naciągania aby opowieść o Pandorze kontynuować – zarysowano kilka wątków, budzących nadzieję na udane zapowiadane przez Camerona kontynuacje ( a ma ich być jeszcze dwie)
Dla wielu jednak, najbardziej interesującą w tym filmie kwestią są
efekty specjalne
A w szczególności trzeci wymiar. Jeden z amerykańskich recenzentów stwierdził że 3d w filmie wymyślone zostało właśnie po to aby mógł powstać “Avatar”, według samego Camerona zaś tak długie tworzenie dzieła wynikało z oczekiwania na odpowiednie możliwości techniczne. Warto było czekać na taką technologię. To banalne ale trzeba to powiedzieć: Cameron przebił wszystko, to co dotychczas pokazano na dużym ekranie. Zarówno jakością jak i ilością. Fauna i flora Pandory jest przepiękna, Na’vi wyglądają i zachowują się jak realne istoty. Technika 3D sprawia, że widz uchyla się przed strzałami, otrzepuje z kurzu i padającego śniegu. Patrzy się na to wszystko z nieustającym zachwytem. Udało się stworzyć wrażenie bycia niemalże czynnym obserwatorem wydarzeń. Jeśli “Avatar” to nie rewolucja na miarę wprowadzenia dźwięku do filmu to jesteśmy od niej o krok.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze
muzyka
Idealnie podkreśla to co dzieje się na ekranie. James Horner wzniósł się na wyżyny swojego kunsztu. Dobrze się tego słucha nawet bez obrazu, po prostu porywa i porusza wyobraźnię.
Podsumowując, “Avatar” to pewniak to zgarnięcia kilku jeśli nie kilkunastu Oscarów i całej masy innych nagród (no może za wyjątkiem gry aktorskiej). Jeśli James Cameron faktycznie zamierza stworzyć z tego trylogię to dla widzów oznacza to wyczekiwanie na kolejne odsłony takie jak chociażby przy “Władcy Pierścieni” Nie da się ukryć, że reżyser “Avatara” ma znacznie trudniejsze zadanie bowiem nie dysponuje takim tekstem jak Peter Jackson. Jednak, kolejny raz udowodnił że jest jednym z bogów rozrywki spod znaku Hollywood.
Ocena: 9/10
gru
29
Psycholog – na każdy temat
Grudzień 29, 2009 | 9 komentarze
W ciągu ostatniego miesiąca dwukrotnie dzwonili do mnie panowie z TVP z gorącą prośbą o wypowiedzenie kilku słów do kamery. W obu przypadkach tematyka, do jakiej potrzebowali opinii psychologa była porażająca: dlaczego śmiejemy się z Mikołaja oraz psychologiczne aspekty Dnia Całowania. Dwukrotnie wykręciłem się nadmiarem obowiązków i związanym z tym absolutnym brakiem czasu.
Sytuacja ta sprawiła, iż zacząłem się zastanawiać co takiego kieruje dziennikarzami gdy przychodzi im do głowy poprosić o wypowiedź psychologa. W przypadku miłych pań Wirtualnej Polski jest to dla mnie zrozumiałe: jedna z nich pisała o agresji wśród nastolatków, druga zaś (tutaj moja wypowiedź chyba się jednak nie przydała) o konsekwencjach długotrwałych rozstań z partnerem dla kobiet; perspektywa psychologiczna, coś do tych tekstów wnosi, nakreśla jakieś szersze tło i być może coś osobom nie specjalnie interesującym się tą działką daje. Natomiast przy mikołajach i całowaniu? Nadaje powagę banalnym dość w swej istocie tematom? Sprawia, że materiał staje się wartościowszy dzięki pojawieniu się w nim eksperta?
Dla psychologa, który skusi się na taką wypowiedź do kamery jest to z jednej strony szansa, z drugiej zaś zagrożenie. Niewątpliwym atutem jest możliwość pokazania się, dania szansy potencjalnym klientom i pracodawcom na bycie dostrzeżonym i zapamiętanym. Zagrożenie natomiast wiąże się z tym co się w takich okolicznościach mówi. Być może wynika to z mojej małej wiedzy i niedoświadczenia, ale mam wrażenie, że przy opowiadaniu o mikołajach lub całowaniu (przy tym drugim to może trochę mniej) trudno uniknąć wpadnięcia w jakiś rodzaj banału. Bo cóż oryginalnego i odkrywczego można o tym opowiedzieć? Psychologia to niewątpliwie ciekawa dziedzina wiedzy, nie w każdym jednak przypadku dostarcza unikatowych, odkrywczych wiadomości na temat różnych zjawisk; gdy ktoś podejmuje nadludzki wysiłek by powiedzieć coś mądrego to jest to przez odbiorców, moim zdaniem, szybko wychwytywane i nie spotyka się raczej z sympatią.
Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że aby być atrakcyjnym jako źródło wiedzy w poważniejszych tematach i kwestiach należy wyrobić sobie markę – nie tylko zawodową ale również medialną. Zaczyna się od dawania swojej twarzy czy nazwiska do materiałów błahych by po jakimś czasie funkcjonować w świadomości jako ktoś kogo warto również zapytać o zdanie w bardziej intrygujących kwestiach. Jednakże to również może być złudne: specjaliście w danej dziedzinie zawsze może się wydawać iż pytania laików są banalne i mało ciekawe.
Na chwilę obecną najatrakcyjniejszą formą dzielenia się przemyśleniami i wiedzą z innymi jest dla mnie słowo pisane. Daje to więcej czasu na refleksję nad tematem, ewentualne zerknięcie do literatury, dzięki czemu wypowiedź taka ma większą szansę na bycie wartościową. Dlatego, drodzy dziennikarze, walcie śmiało, adres e-mail po prawej stronie
gru
25
Narracyjnie w psychiatrii
Grudzień 25, 2009 | 1 komentarz
Ogólnie o podejściu narracyjnym pisałem jakiś czas temu. Dzisiaj chciałbym zaprezentować zastosowanie narracyjnych założeń w kontekście leczenia psychiatrycznego. Tekst ten piszę na podstawie rozdziału „Leila and the tiger. Narrative Approaches to Psychiatry” autorstwa Glena J. Simbletta” z książki „Narrative therapy in practice. The Archaeology of hope”
Wszelkie uwagi co do specyfiki opieki psychiatrycznej Simblett odnosi do realiów Nowo Zelandzkich. Podobieństwa z tym co się dzieje w Polsce są jednak olbrzymie. Według Simbletta w kształceniu psychiatrów kładzie się nacisk na zebranie szczegółowego, obiektywnego wywiadu z pacjentem i nie uznawania za zbyt istotne tego co o pacjencie napisali inni lekarze. Moje własne obserwacje to potwierdzają: wywiad z jednym pacjentem w krótkim czasie zbierany często kilkukrotnie; przed wystawieniem skierowania na oddział, przy przyjęciu na tenże i często jeszcze po raz kolejny przez oddziałowego psychologa. Ma to swoje dobre i złe strony. Dobrą jest to, że samo opowiedzenie swojej historii, bycie wysłuchanym, przynosi ulgę. Negatywnym aspektem jest to, że każdy ze zbierających wywiad tworzy sobie subiektywną wizję pacjenta, przywiązuje wagę do określonych szczegółów uznawanych przez siebie za istotne, zamykając się na inne informacje, mogące pomóc w lepszym zrozumieniu pacjenta. Co więcej, wszelkie inne opinie, mogą być uznane za zaburzające zdolność do obiektywnej oceny stanu pacjenta. Z tego samo powodu odbieranych informacji oraz własnego sposobu ich rozumienia psychiatrzy, psycholodzy, nie omawiają z pacjentami, często nie sprawdzają czy odebrali to co chciał ich rozmówca przekazać. Psychiatryczno – psychologiczne wykształcenie ma dawać przekonanie, że nasze rozumienie słów pacjenta jest jedyne i właściwe. Łatwo nie dostrzec lub zapomnieć że informacje o sobie samym (szczególnie te co do których nie ma zgody) zdecydowanie nie są neutralne czy nie istotne dla pacjenta.
Jako alternatywę Simblett proponuje zapoznanie pacjenta z dokumentacją jego dotyczącą – tłumaczy przy tym iż nie chce w swoich aktach czy głowie trzymać informacji co do których nie zna jego przemyśleń. Zadaje wtedy takie pytania jak
- Co sądzisz o tym co napisano w skierowaniu? Czy jest tu coś z czym się nie zgadzasz?
- Kierujący cię lekarz nazwał ten problem „depresją”. Różni ludzie, na rozmaite sposoby to rozumieją, zastanawiam się co Ty o tym myślisz. Czy możemy przez chwilę nazywać problem „depresją” czy wolisz nazywać go jakoś inaczej?
Kolejne sugestie dotyczą wspólnego z pacjentem doprecyzowania informacji zawartych w skierowaniu, rozszerzania ich oraz badania tego jak pacjent odbiera osoby w nich wymienione oraz wydarzenia i przyczyny w nich zawarte. Rezultatem tego ma być sprawienie by skierowanie na oddział stało się częścią procesu zwiększenia rozumienia tego co się dzieje oraz zmiany. Według Simbletta stanowi również sprężynę do późniejszego eksplorowania dominujących i alternatywnych opowieści. Wprowadza to również atmosferę zaufania, szacunku i współpracy.
Moje próby w tym zakresie są dosyć skromne i raczej mało wnoszące do pracy z pacjentami na oddziale. Do szerszego wprowadzenia prezentowanego tutaj podejścia dopiero się przymierzam. Generalnie jednak moje odczucie jest takie, że większość pacjentów gorąco zaprzecza obserwacjom i założeniom lekarzy przyjmujących ich na oddział. Specyfiką mojej pracy oddziałowej jest przygotowanie diagnozy pacjenta ( co stanowi zupełne zaprzeczenie dla podejścia narracyjnego) dlatego takie włączenie pacjenta do omawiania informacji zawartych w dokumentacji wymaga dobrego przemyślenia.
„Od kiedy uczę się narracyjnych idei i praktyk, mam zdecydowanie mniejsze przekonanie że jakakolwiek komunikacja z klientami może być odrzucona jako nieważna lub pozbawiona interpretacji. Widzę teraz, że pierwszy kontakt z osobą odgrywa znaczącą w rolę w ustaleniu poziomu i kontekstu, w którym będziemy wspólnie pracować” – twierdzi Simblett odnosząc się do kwestii umawiania się z pacjentem na pierwsze spotkanie. Autor proponuje pisanie listów zapraszających pacjentów do kontaktu z terapeutą. Zawiera w nich informacje jakie uzyskał od osób kierujących pacjenta na temat zgłaszanego problemu. Czasem porusza obawy jakie ewentualnie mogą towarzyszyć pacjentowi przed spotkaniem z terapeutą (np. dla kobiety z problemami odżywiania mogą wiązać się one ze zmuszaniem do jedzenia, kontrolowaniem przyjmowanych posiłków, kontaktem z terapeutą-mężczyną ), zawiera podstawowe informacje o przebiegu i celu spotkania. Już to zaproszenie na spotkanie w takim wydaniu jest elementem procesu terapeutycznego – obrazuje ono stosunek terapeuty do problemu, do osoby się z nim zmagającej, czasem odnosi się doświadczeń terapeuty z innymi osobami o podobnych kłopotach. Listy te zawierają w sobie uznanie pacjenta jako walczącego z problemem a nie jako ofiarę czy wręcz „współpracownika problemu”. Według Simbletta mają pomagać w tworzeniu klimatu umożliwiającego docenienie oporu klienta wobec konsekwencji problemu. Kierują również uwagę zarówno pacjenta jak i terapeuty na przejawy walki i radzenia sobie z doświadczanymi kłopotami. Ponadto listy takie zachęcają również pacjenta do spotkania z terapeutą, jako coś odmiennego, intrygują i zaciekawiają.
W realiach oddziału, na którym pracuję sposobem na zaproszenie pacjenta do gabinetu psychologa jest po prostu przedstawienie się mu i wręczenie kartki z datą i godziną spotkania.
Jak już wspomniałem dla pracy na psychiatrii istotne jest rozmawianie z pacjentem o historii jego życia, ważnych dla niego wydarzeniach, podstawowych faktach dotyczących wykształcenia, rodziny pochodzenia, pracy itd. (fachowa nazwa to autoanamneza) Czasem prosi się pacjenta aby sam napisał swój życiorys. Wspomina o tym autor omawianego rozdziału ale sam również pamiętam jeszcze ze studiów i pierwszych praktyk, listy pytań jakie warto zadać jak i tematów, które w pierwszej rozmowie należy poruszyć. Istotne jest zebranie „obiektywnego” wywiadu, który można przedstawić innym profesjonalistom. W opinii Simbletta ignorowany jest wpływ jakie wywierają opowieści pacjentów, uznawanie ich za artefekaty świadczące o poziomie kompetencji lekarza lub o zmianach w odbiorze pacjenta, za które odpowiedzialne są takie czynniki jak zaburzenia nastroju czy tendencje manipulacyjne. Nie jest to rozumiane jako specyfika opowiadanej historii, emocji jakie towarzyszą pacjentowi. Myślę sobie, że to zależy od „wzorca” preferowanego na oddziale. A te mogą być różne.
ICD-10 i DSM-IV to klasyfikacje chorób psychicznych powszechnie stosowane w psychiatrii. Stanowią one zbiór kryteriów, niezbędnych do rozpoznania określonych zaburzeń psychicznych. W ujęciu narracyjnym, patrzy się na nie jako konstrukty społeczne – założenia odnośnie tego jak widziany jest świat w danym momencie lub konsensusy odnośnie obecnego formułowania stanu wiedzy. Według Simbletta problemy mogą się pojawiać gdy te klasyfikacje uznawane są za obiektywne ustalenia naukowe. Prowadzić to może do upraszczania, schematyzowania i pomijania takich aspektów ludzkiego funkcjonowania jak uwarunkowania związane z duchowością, polityką rasą czy płcią. W ujęciu narracyjnym te aspekty mają znaczący wpływ na ludzi.
Tradycyjny schemat psychiatrycznej historii pacjenta zawiera się w następujących działach:
Obecne skargi – w tradycyjnym podejściu to skargi, dolegliwości są zapisywane, nie zaś problem. Tradycyjnie to psychiatra odpowiedzialny jest za nazwanie i zdefiniowanie problemu w formie diagnozy. Według Simbletta definiowanie aktualnych dolegliwości może być zamienione w proces wspólnego nazywania problemu. Uczynione to może zostać poprzez zaproponowanie podstawowych reguł rozmowy (prawo do nie odpowiadania na przez pacjenta na pytania terapeuty, sprawdzanie przez terapeutę co jakiś czas czy pacjent nie ma ochoty zmienić tematu) i stałe konsultowanie z pacjentem jej przebiegu oraz obszarów jakich dotyczy
Historia obecnych dolegliwości – po zebraniu informacji odnośnie obecnie doświadczanych trudności, kolejnym krokiem jest częściowo strukturalizowany wywiad owocujący opisem początków dolegliwości i ich rozwoju. W ujęciu narracyjnym to początek ekstrenalizowania problemu oraz jego dekonstrukcji, odkrywania tego jaki problem ma wpływ na życie pacjenta, z jakimi określaniami na niego oraz jego przyczyny spotyka się na co dzień, szukania kulturowych i społecznych aspektów problemów.
Historia rodziny – zbieranie informacji o rodzinie pacjenta jest ważnym elementem standardowej psychiatrycznej historii. Z reguły jednak ogranicza się do rozmowy o krewnych pierwszego stopnia (rodzice i rodzeństwo) lub do bliskich zamieszkujących razem. O dalszej rodzinie, historycznym i sociopolitycznym kontekście rozmawia się nader rzadko. W ujęciu narracyjnym kładzie się duży nacisk na poszerzenie historii rodzinnej, odkrywanie rozmaitych opowieści rodzinnych co zabiera często bardzo dużo czasu.
Osobista historia – zapisywanie ważnych wydarzeń w życiu osobistym może być zamienione w proces identyfikowania i dostrzegania dominujących oraz alternatywnych opowieści.
Historia leczenia psychiatrycznego -zwyczajowo jest to proste pytanie o to czy pacjent miał w przeszłości kontakt z psychiatrami czy psychologami a jeśli tak to jakie diagnozy zostały postawione oraz jakie leczenie wdrożono. W podejściu narracyjnym jest to rozszerzane o osobiste doświadczenia z tych kontaktów, o to co działało, w odczuciu pacjenta a co nie, oraz jaki to na niego miało wpływ. Terapeuci mogą dużo zyskać na unikalnych obserwacjach i spostrzeżeniach pacjentów.
Historia leczenia farmakologicznego – Psychiatria ma tendencję do nacisku na biologiczne podstawy chorób psychicznych i podkreślania klinicznego znaczenia leczenia farmakologicznego. Simblett twierdzi iż klienci preferują „mówione” leczenie podczas gdy psychiatrzy optują za naukowo udowodnioną efektywnością leczenia farmakologicznego. Mam wrażenie że u nas jednak mentalność jest inna. Pracując na psychiatrii i słuchając różnych opowieści łatwo wysnuć wniosek iż wielu pacjentów oraz klientów preferuje również leczenie farmakologiczne. Oferuje to zdecydowanie szybsze efekty niż psychoterapia i wiąże się ze znacząco mniejszym wysiłkiem. Można się zastanawiać nad źródłem takiej postawy. Z drugiej strony: gdy pacjent odmawia leczenia farmakologicznego to opisywany jest jako „oporujący” lub wręcz „zaburzony osobowościowo”
W ujęciu narracyjnym zwraca się uwagę iż problem pojawia się na wielu poziomach: cielesnym, umysłowym, duchowym, relacyjnym, rodzinnym oraz społecznym. Simblett proponuje patrzenia na doświadczenia jako ekologiczny system, w którym poszczególne części zależą od siebie i na siebie wpływają. Przyjęcie takiej perspektywy umożliwia podejście doceniają ważność i istotność tych różnych poziomów. Poziom biologiczny i biochemiczny nie jest wtedy ani ignorowany ani przesadnie podkreślany
W ujęciu narracyjnym, zdaniem Simbletta, terapeuta stale poszukuje pytań, co do których ma pewność że nie zna na nie odpowiedzi. Jest wiele takich sfer, w których można się czegoś od pacjenta nauczyć.
W tradycyjnym ujęciu psychiatrycznym, specyficzne doświadczenia klientów ich subiektywność uznawane są za niewiarygodne, nieweryfikowalne, stanowiące dowody o charakterze „anegdotycznym”. W ujęciu narracyjnym subiektywność i „anegdotyczność” są bardzo istotne – zbliżają one do tego czego doświadcza pacjent.
Simblett za użyteczne i istotne uważa również uzyskiwanie od pacjentów pozwolenia na dyskutowanie o ich pytaniach i odkryciach z innymi pacjentami, którzy cierpią z powodu podobnych problemów. Ważne jest tu, jeśli pacjent, sobie tego życzy, zadbanie o jego anonimowość, sam pacjent może sobie np. wybrać pseudonim pod którym będzie prezentował go terapeuta. Zdaniem Simbletta pacjenci często się na to zgadzają gdyż dostrzegają jak cenne dla nich są opowieści o historiach innych pacjentów. Dzielenie się tymi historiami pozwala na dowiedzenie że pacjenci są w stanie pomóc innym tak jak i sobie. Tworzy się wtedy coś w rodzaju wirtualnej społeczności osób szukających sposobów na poradzenie sobie z podobnymi problemami.
Jak już wielokrotnie pisałem, założenia podejścia narracyjnego są dla mnie bardzo interesujące. Ciągle jednak mam wrażenie że mam zbyt mało umiejętności aby stosować je w codziennej praktyce, dlatego póki co ograniczam się do przemycania pewnych ich elementów. Wiąże się to również z oczekiwaniami samych pacjentów jak i kontekstu psychiatrycznego. Odczuwam również brak innych entuzjastów tego podejścia oraz szkoleń w tym zakresie.
gru
23
Pozytywna konotacja
Grudzień 23, 2009 | Skomentuj ten tekst
Jedną z moich ulubionych technik terapeutycznych jest pozytywna konotacja. Określenie “technika” nie oddaje jednak w pełni tego czym pozytywna konotacja jest: to bardziej sposób myślenia o kliencie/pacjencie jego problemach, mechanizmach funkcjonowania
Gdy człowiek przychodzi do terapeuty przedstawia swoją opowieść. Nierzadko wiele tam bólu, poczucia skrzywdzenia, bycia niezrozumienia ale także przeświadczenia o własnych brakach, błędach, nie wypełnionych powinnościach czy też krzywdach wyrządzonych innym ludziom. Taki zestaw przekonań może powodować przygnębienie, poczucie bezwartościowości, braku możliwości poradzenia sobie z przeżywanymi trudnościami. Utrudnia to codzienne funkcjonowanie, sprawia że brakuje chęci do życia i działania.
Terapeuci systemowi mogą w takiej sytuacji zaproponować, coś co przez wielu klientów jest odbierane jako bardzo pomocne i użyteczne; inne spojrzenie na tą samą historię. Robią to poprzez wydobywanie z opowieści klienta elementów wskazujących na jego kompetencję, siły i zasoby. To nie jest zwykłe mówienie “jesteś fajny, robisz dobre rzeczy” ale nadawanie innego, pozytywnego, znaczenia tym samym wydarzeniom. Składa się na to również poszerzanie kontekstu w jakim mają miejsce przeżycia klienta o aspekty np. rozwojowe. Uczynić to można, wprost, poprzez opowiedzenie klientowi nowej wersji jego historii (również poprzez zastosowanie metafory, bajki) lub zadając pytania, szukając wśród ważnych dla niego osób “głosów”, mogących inaczej opowiedzieć tą historię w odmienny sposób, zapraszając klienta do przyjęcia innej perspektywy.
Reakcje klientów na pozytywną konotację są zróżnicowane; najczęstszą, w moim odczuciu, jest ” Nie myślałem tak o tym!” Burzy to bowiem pewne schematy myślenia, zaprasza do zastanowienia się nad samym sobą, nad działaniami innych osób, tym co mówią i czego oczekują. O ile w czasie sesji terapeutycznej, nowe spojrzenie, może być jeszcze lekko szokujące i kruche, to niezwykle istotne zdarzenia mają miejsce między jedną sesją, a drugą. Klient, który “dostał” pozytywną konotację, często doświadcza pewnej zmiany w codziennym postrzeganiu tego co się dookoła niego dzieje. Zaczyna zauważać wydarzenia i sytuacje, wcześniej pomijane lub lekceważone. Pozwala to na rozpoczęcie procesu zmiany w myśleniu.
Pozytywna konotacja nie jest magiczną sztuczką, która działa zawsze i na wszystkich; niektórzy klienci reagują na nią czymś co w terminologii analizy transakcyjnej nazwać można grą w “Tak, ale” tzn. pozornym zgadzaniem się na zaproponowane nowe sposoby patrzenia połączone jednak z wyszukiwaniem dowodów na to, że są one nie wystarczające czy też po prostu nie prawdziwe.
Ważnym jest, aby terapeuta stosujący przekonotowanie zachowań klienta wierzył, w proponowaną wizję. Większość klientów ewentualny brak przekonania terapeuty natychmiast wychwyci – komunikat będzie bowiem niespójny, nieprzekonujący. Jak mówi szkolący mnie terapeuta: “Jeśli nie wierzysz, w pozytywną konotację zachowań klienta, to lepiej nic nie mówić” Niektórzy, nazwijmy ich ortodoksyjnymi, terapeuci optują za stosowaniem pozytywnego konotowania niezależnie od treści jaką niesie ze sobą opowieść klienta. Dla mnie osobiście jest to trudne i wątpliwe w sytuacjach gdy pojawia się przemoc fizyczna, seksualna czy też rażące zaniedbania względem dzieci.
Pozytywna konotacja została wprowadzona jako narzędzie terapeutyczne przez tzw. “zespół mediolański”, który czerpał z ustaleń Batesona w kwestii procesów uczenia się, polegających wg. tego badacza w dużym skrócie na dostrzeganiu różnicy pomiędzy jednymi treściami a drugimi.
gru
12
Rodziny zastępcze – dzieci i dorośli
Grudzień 12, 2009 | Skomentuj ten tekst
W ostatnim tygodniu prowadziłem zajęcia z nastolatkami znajdującymi się w rodzinach zastępczych. Warsztaty poświęcone były rodzinie – temu jak ona jest przez uczestników widziana, kwestii ról rodzinnych, powielania schematów rodzicielskich, uczuciom wobec rodziców biologicznych.
Dzieci, z którymi miałem okazję się spotkać mają za sobą dramatyczne historie; w ich rodzinach pochodzenia nie brakowało przemocy, alkoholu, zaniedbywania czy też po prostu obojętności i odrzucenia. Ich losy często są pogmatwane i nie łatwe: powtarzają się opowieści o konfliktach z rówieśnikami, powtarzanie klas w szkołach czy też bardzo szybkie sięganie po rozmaite używki. Dla wielu z nich znalezienie się w rodzinach zastępczych to jedyna szansa na dokończenie edukacji a potem normalne życie w przyszłości. Zastępczy rodzice czasami również nie zdają egzaminu, dzieci barwnie opisują zastępcze rodziny “nastawione na kasę”, zaniedbujące swoich podopiecznych. W efekcie dzieciaki zmieniają domy, w których mieszkają. W niektórych przypadkach dzieje się to niemal z dnia na dzień, a samego dziecka nikt o zdanie pyta.
To co mnie najbardziej zaskoczyło w dzieciakach, z którymi się spotkałem to ich niesamowita dojrzałość i odpowiedzialność. Dwie dziewczyny, będące najstarszymi w swoich rodzinach zastępczych opowiadały o tym jak opiekują się młodszymi dziećmi, wspomagając rodziców zastępczych, chodzą np. na wywiadówki. Mówiły o tym ze spokojem, nie uskarżały się, dla nich to coś naturalnego. Gdy rozmawialiśmy o ich zasobach, sami w sobie zauważali bogactwo doświadczeń, pewną odporność na trudne doświadczenia i przekonanie o możliwości radzenia sobie z napotykanymi na co dzień trudnościami. Jest w nich również jednak nieufność wobec innych ludzi, jakiś rodzaj rezerwy, który jednak z perspektywy ich doświadczeń wydaje się być czymś naturalnym i również można go widzieć jako ważny i potrzebny zasób. O swoich biologicznych rodzicach wypowiadały się zdecydowanie negatywnie lub w najlepszym przypadku neutralnie. Czasami samo poruszenie tego tematu wywoływało złość. Żywe były u nich wspomnienia drastycznych zachowań ze strony rodziców. Szczególnie dotyczyło to ojców aczkolwiek dużo żalu kierowane było również w stronę bezradnych lub obojętnych matek.
Parę dni wcześniej będąc na szkoleniu w Krakowie rozmawiałem z koleżanką , która prowadzi grupę dla rodziców rodzin zastępczych. W grupie tej przeważały, osoby spokrewnione z rodzicami biologicznymi (przeważnie dziadkowie i babcie), których sądy ustanowiły rodzicami zastępczymi. W nich z kolei wywołało bardzo silne reakcje, wspomnienie o znaczeniu jakie może mieć dla dzieci wiedza na temat biologicznych rodziców; poruszenie tego tematu pobudziło złość, sprzeciw oraz pragnienie udowodnienia że właściwie to dzieciaki tego nie potrzebują. Przypatrując się temu można snuć hipotezy o obawach odnośnie własnych kompetencji rodzicielskich, poczuciu porażki związanym z tym, że ich życie ich potomstwa potoczyło się w nie najlepszy sposób ale także pragnieniu aby dzieci, które do nich trafiły miały jak najlepszą opiekę, przynajmniej częściowo niwelującą trudne doświadczenia z przeszłości. To również może pobudzać myśli na temat istniejących sprzeczek i nieporozumień w rodzinie. Może rodzić się tu również konflikt ról – kim ja właściwie jestem: rodzicem czy dziadkiem ( dwie znacząco różne role rodzinne), zwłaszcza że dzieci z rodzin często zaczynają do swoich opiekunów mówić tata i mama. W takiej sytuacji wspominanie o rodzicach biologicznych jest zagrażające dla widzenia siebie jako rodzica. Rozumiem, że sądy wyznaczając na rodziców zastępczych dziadków i babcie dzieci, kierują się chęcią utrzymania ich w rodzinie czy też nie rozbijania całkowitego rodzin. Mam wrażenie jednak, że to nie zawsze dobry pomysł i czasami może to generować rozmaite konflikty i nieporozumienia.
Na co dzień zajmuje się nieco inną “działką” niż rodziny zastępcze i ich problemy, dlatego też praca z dziećmi z takich rodzin dała mi dużo do myślenia i myślę że w pewien sposób ubogaciła moje myślenie na temat rodziny jako takiej.
A jakie jest Twoje zdanie na ten temat?
gru
6
Systemowo nie tylko rodzinnie
Grudzień 6, 2009 | Skomentuj ten tekst
Systemowa terapia rodzin – pod takim hasłem przeważnie omawia się podejście do psychoterapii oparte na ogólnej teorii systemów. Wynika to z tego, że terapeuci systemowi dużą wagę przykładają do procesów zachodzących w rodzinie swoich klientów; ich przebiegu, konsekwencji oraz wpływu na zgłaszającego się do terapii. Z uwzględnieniem rodziny pochodzenia stawiane są hipotezy dotyczące przeżywanych przez klientów kłopotów, ją również traktuje się jako źródło zasobów i sił potrzebnych do lepszego radzenia sobie z trudnościami. Funkcjonowanie człowieka opisywane jest na podstawie historii, opowieści rodzinnych oraz ich rozumienia i znaczenia nadawanego przez poszczególnych członków rodziny.
Terapeuta systemowy, gdy zgłaszany jest np. problem związany z dzieckiem, zaprasza na spotkanie wszystkich tych, którzy mieszkają w domu i razem z nimi pracuje nad rozwiązaniem trudności. W innych kontekstach pracy (szpitale psychiatryczne, szkoły) również dąży do tego aby jak najwięcej bliskich dla doświadczającego kłopoty zaangażowało się w jego powrót do dobrego funkcjonowania.
Czasem jednak, zaproszenie kogokolwiek z rodziny na sesję terapeutyczną jest nie możliwe. Sam klient może sobie tego nie życzyć, rodzina może odmówić przyjścia do terapeuty (częste wytłumaczenie to: “Ale to przecież on/ona ma problem! Co to ma z nami wspólnego?”) lub z racji odległości w jakiej mieszkają jest to nie możliwe; przyczyny mogą być rozmaite. Czy wtedy systemowiec rozkłada ręce i z przykrością informuje, że nie udzieli zgłaszającemu się pomocy?
Na jednym ze szkoleń, uczestnik zapytał się prowadzącego: “Czy można pracować systemowo z klientami indywidualnymi?” “Oczywiście, zadaje się wtedy tylko trochę więcej pytań” – brzmiała odpowiedź.
W “An introduction to Systemic Therapy with Individuals” Fran Hedges twierdzi, iż w stosowaniu podejścia systemowego w indywidualnej pracy z klientami, członków ich rodzin, opowiadane przez nich historie, sposoby rozumienia problemu, przeżywane przez nich emocje oraz nadawane komunikaty, “przywołuje się” na sesji. Czynione jest to m.in poprzez
- wspólne z klientem rysowanie lub tylko omawianie genogramu. Ważne jest przy tym aby ten sposób przedstawiania rodziny podczas pracy indywidualnej był maksymalnie nasycony informacjami
- zadawanie klientowi tzw. pytań cyrkularnych inaczej mówiąc relacyjnych, pozwalających terapeucie na poznanie specyfiki interpersonalnych kontaktów w rodzinie a klientowi ułatwia, “ustawienie się” na pozycjach różnych członków rodziny i zobaczenia jak z ich perspektywy wyglądają ważne dla niego wydarzenia, relacje.
- wspólną z klientem analizę przekazów kulturowych, społecznych itd, obecnych w rodzinie.
Oba wymienione sposoby pracy stosowane są oczywiście również w pracy z całymi rodzinami.
Terapia systemowa to pewien sposób myślenia o człowieku, procesach jakie mają wpływ na jego funkcjonowanie oraz sposoby na zaproponowanie klientowi rozmowy na jego temat, rozszerzającej i zmieniającej jego perspektywę patrzenia. Stosowanie tego podejścia nie musi ograniczać się jedynie do rodzin, może dawać użyteczne rezultaty zarówno w pracy indywidualnej jak i przy prowadzeniu rozmaitych grup terapeutycznych, czy też zajęć o charakterze treningowym lub psychoedukacyjnym.
Jeśli masz jakieś przemyślenie na ten temat, podziel się nim
gru
2
Leczyć po ludzku – czyli jak ?
Grudzień 2, 2009 | 2 komentarze
“Gazeta Wyborcza” w ostatni poniedziałek zainaugurowała nową akcję “Leczyć po ludzku”; jej celem jest zbadanie tego z jakim traktowaniem przez lekarzy spotykają się pacjenci i promowanie, dobrych pozytywnych postaw. Najgłośniejsza tego typu akcja “Wyborczej” “Rodzić po ludzku” trwa od wielu lat, owocując edukacją na temat porodów oraz rankingiem najprzyjaźniejszych miejsc dla przyszłych mam.
Nie wiem, jaki jest zamysł obecnej akcji; póki co dostaliśmy list lekarki spodziewającej się skomasowanego ataku, oraz pierwsze jego salwy: lawinę skarg i utyskiwań na bezduszny, nieczuły, lekceważących pacjentów oraz swoje obowiązki personel medyczny. Żadne to zaskoczenie: niemal każdy zna opowieści o chamskich medykach, przekazywane i rozdmuchiwane z ust do ust, stale zasilający stereotypowe postrzeganie lekarzy jako zadufanych w sobie, mających w głębokim poważaniu szukających u nich pomocy schorowanych ludzi. Powstały, wspomniane już na tym blogasku, serwisy na których można spokojnie, z zachowaniem pełnej anonimowości wylać swój żal i frustrację na dowolnego lekarza. Wielce jestem ciekaw czy z akcji wyjdzie coś ponad medialnie atrakcyjne gnojenie środowiska medycznego.
Sam pracuję w publicznej służbie zdrowia (aczkolwiek w specyficznej jego działce), w rodzinie mam lekarza i sporadycznie bywam pacjentem. Z każdej z tych perspektyw problem traktowania lekarzy przez pacjentów wygląda inaczej.
Każdy kto pracuje w służbie zdrowia jest elementem systemu; systemu niewydolnego, częstokroć absurdalnego, niesłychanie wymagającego, chronicznie niedofinansowanego będącego kartą przetargową kolejnych ekip politycznych, co jakiś czas padającego ofiarą radosnych, genialnych reform. Podstawą tego systemu jest hasło: pomoc zdrowotna ma być za darmo. W zderzeniu z realiami gospodarczymi nie tak znowu bogatego kraju jakim jest Polska jest to kompletna utopia. To to założenie sprawia, że człowiek po 11 latach ciężkiej nauki (studia + specjalizacja) musi pracować w kilku miejscach aby zarobić na życie, choć trochę powyżej krajowej przeciętnej, z tego założenia wynika roszczeniowość i agresja tych, którzy z realiami systemu spotykają się jako jego beneficjenci. I jeszcze większy poziom ich agresji gdy dowiadują się o bajecznych zarobkach lekarzy – o tym jaki wysiłek się za nimi kryje mówi się rzadko,a jeśli już to pogardliwie (“Jak ci się nie podoba to zmień zawód!”) – do ministra sprawiedliwości oskarżającego bezpodstawnie chirurga o morderstwo i zarabianie na dramacie pacjentów i ich rodzin całkiem niedaleko. To tylko może nieco bardziej wysublimowana forma tej samej złości. System znieczula, stępia ludzkie odruchy, żeby w nim przetrwać czasami trzeba się trochę odczłowieczyć.
Idealny lekarz to fachowiec w swojej dziedzinie, obdarzony empatią, współczuciem, pełen poświęcenia i dobrych chęci. W pełni zaangażowany bo doskonale rozumiejący co przeżywa i jak myśli cierpiący pacjent. Przeglądając Ramowy Program Nauczania, Wydziału Lekarskiego I Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, zastanawiam się co takiego robią odpowiedzialni za kształcenie przyszłych pokoleń medyków by swoich uczniów choć odrobinę do tego ideału zbliżyć. W ciągu sześciu lat studiów przyszły lekarz ma aż 30 godzin zajęć z psychologii lekarskiej, mającej mu zapewnić zdolność do odpowiedniego rozumienia psychicznego stanu zgłaszającej się do niego osoby. Czy jest to ilość wystarczająca i jaka jest jakość sposobu przekazywania tej wiedzy, odpowiedź sobie można słuchając opowieści o lekarzach na oddziałach chowających się przed pacjentami, niepotrafiącymi zdobyć się na najkrótszą choćby rozmowę czy też widzącymi chorych jako jeden lub kilka niedziałających narządów i niewiele ponadto. Oczywiście, pewnych predyspozycji osobowościowych, podstaw dobrego wychowania nie da się wykształcić choćby i najintensywniejszym kursem psychologii jednakże moim zdaniem na ten aspekt w czasie kształcenia lekarzy kładziony jest zdecydowanie zbyt mały nacisk. Brakuje również lekarzom wiedzy na temat wypalenia zawodowego, konsekwencji długotrwałego stresu oraz świadomości wpływu kontaktu z pacjentem na to co się z praktykującym medykiem dzieje. Efekty tego odczuwają pacjenci. Nawet najlepszy, najmilszy i najbardziej zaangażowany lekarz może nie zdzierżyć wszystkich obciążeń, a tych jest niemało.
Pacjent zmaga się z bólem, cierpieniem często również z brakiem wiedzy na temat tego co się z nim dzieje, co rodzi strach, lęk, napięcie, złość czy rozpacz. Z perspektywy jego i jego najbliższych niewiele więcej ma znaczenie. Zachowania innych ludzi, na co dzień być może dające się zignorować, w takiej chwili stają się zdecydowanie istotniejsze a ich konsekwencje bardziej dotkliwe. Nie ma czasu i ochoty na zastanawianie się czy lekarz jest właśnie 17 godzinę w pracy czy też może pokłócił się z żoną. Interesuje go tylko uzyskanie jak najszybszej pomocy. Na własnej skórze odczuwa jednak to jak zorganizowany jest system, oraz jak kompleksowe przygotowanie do zawodu odebrał udzielający mu pomocy lekarz.
Wszyscy oczekujemy ludzkiego leczenia. Warto się jednak zastanowić co to właściwie znaczy i jakie warunki muszą zostać spełnione aby je uzyskać. Patologie należy piętnować, ale skupianie się na nich i rozciągnie ich zakresu, sprzyja tylko i wyłącznie ich rozrostowi.
A jakie jest Twoje zdanie ?
lis
30
Pracownicy pod specjalnym nadzorem
Listopad 30, 2009 | 2 komentarze
Kwestia tego co robią pracownicy gdy szef akurat nie patrzy, w mniej lub bardziej sensacyjnym tonie wypływa co jakiś czas. Kilkanaście dni temu szeroko komentowane było badanie firmy Gemius na temat tego jak często w godzinach przeznaczonych na wykonywanie obowiązków służbowych pracownicy wykorzystują Internet do celów prywatnych.
Jak zwykle przy takich okazjach nie brakuje wyliczeń odnośnie tego ile pieniędzy tracą na takich praktykach pracodawcy oraz jak dramatyczny ma to wpływ na efektywność pracy. Do tego dochodzi cały zestaw sposobów na jakie właściciele firm chronią się przed marnowaniem czasu przez swoich podwładnych.
Na najbardziej podstawowym poziomie nie ma się do czego przyczepić; zatrudniony jest od tego by wykonywać swoje obowiązki we wskazanym miejscu w określonych godzinach a jego szef w ten czy inny sposób mam prawo mu patrzeć na ręce i dbać o to aby czas, za jaki swojemu podwładnemu płaci został jak najlepiej wykorzystany.
Jednak gdy przyjrzeć się tej sprawie dokładniej to przestaje ona być taka oczywista. Fizyczną niemożliwością jest aby pracownik 100 procent czasu spędzanego w zakładzie przeznaczał tylko i wyłącznie na wykonywanie obowiązków zawodowych. Być może przy mało skomplikowanych, rutynowych czynnościach można próbować zmusić człowieka do pełnej koncentracji na zadaniu przez kilka godzin – to możliwe jest np. w fabrykach. Gdy chodzi o pracę tzw. umysłową, można spodziewać się raczej postępującego spadku efektywności. Kolejna kwestia wiąże się z oczekiwaniami pracodawcy. Czy chodzi o to aby wykonywać swoją pracę czy też może aby zrobić to co jest potrzebne. Mam wrażenie że to pierwsze sprzyja raczej wydłużeniu czasu osiągania celów, nawet jeśli szef będzie stał nad głową swojego pracownika i bacznie przyglądał się każdej wykonywanej przez niego czynności – nie sprzyja to bowiem, indywidualnemu, osobistemu podejściu do wykonywanej pracy i przekłada bardziej akcent na samo wykonywanie pracy niż jej efekty.
Bezsprzecznie przy omawianiu tego tematu warto rozważyć to jakie komunikaty nadaje pracodawca do pracownika i jakie są ich efekty. Gdy szef dużą wagę przykłada do czasu spędzanego na wykonywaniu obowiązków to jego podwładny może odbierać to jako komunikat: “Nie ufam ci. Nie wierzę że wykonujesz swoją pracę z pełnym zaangażowaniem”. Wpływ takiej informacji można łatwo sobie wyobrazić: spadek motywacji do pracy, niechęć do szefa i pogorszenie relacji z nim, spadek efektywności w pracy, obniżenie wiary w swoje kompetencję oraz poczucie bycia niedocenianym w firmie a także niechęć do realizowania celów stawianych przez szefa. Odczucia takie mogą nasilać się gdy firma wprowadza rozmaite sposoby kontrolowania poczynań swoich pracowników: od instalowania oprogramowania szpiegującego w służbowych komputerach począwszy, przez drobiazgowe przywiązanie do czasu spędzanego w firmie, na bezpośrednim obserwowaniu poczynań pracowników np. przez system monitoringu skończywszy. Szefowi dawać to może poczucie bezpieczeństwa, kontroli oraz pełnego panowania nad tym co się dzieje, jednak dla jego podwładnych raczej wiązać się będzie z poważnym dyskomfortem.
Te same obowiązki można wykonywać na różne sposoby, w odmiennym tempie, z rozmaitym natężeniem zaangażowania; każdemu co innego pomaga w jak najlepszym wykonywaniu swojej pracy, mam wrażenie jednak że świadectwo nieufności ze strony tych, którzy za nią płacą na większość działa demobilizująco. Taka demobilizacja prowadzić może do jeszcze większej kontroli – i kółko się zamyka a wszyscy na tym tracą.
Moim zdaniem, zarówno dla pracodawcy jak i dla pracownika, dużo efektywniejszym podejściem jest skupienie się na efektach pracy przy mniejszym nacisku na czas w jakim to się dzieje. Rozliczanie za to co zostało zrobione (i jaka jest tego jakość), pracodawcę zwalania z angażowania czasu, energii oraz środków w monitorowanie bieżącej pracy podwładnych, pracownikowi zostawia zaś pole na własną kreatywność, możliwość pracy w najlepszym dla siebie tempie i najbardziej efektywny sposób. To również ustalenie jasnych i przejrzystych reguł: płaca jest za to co zostanie wykonane i do oczekiwanego terminu. Oczywiście to również pole do nadużyć: pokusa ustawiania nierealistycznych czy też ekstremalnie trudnych do osiągnięcia celów. Jednakże skutkować może większą kreatywnością, zaangażowaniem w pracę i zadowoleniem z niej.
Zdaję sobie sprawę, że koncentracja na czasie pracownika i próba uniemożliwienia mu robienia czegoś innego niż jego obowiązki jest głęboko zakorzeniona kulturowo; przekonanie, iż zawsze można ze swojego podwładnego wycisnąć więcej, to tylko kwestia nacisku i kontroli, nie da się tak łatwo wytępić. Jednakże do pracodawców dociera już, że o pracownika, a w szczególności jego samopoczucie trzeba dbać; im szczęśliwszy człowiek w swojej pracy tym więcej dla swej firmy zrobi co już ma bezpośrednie przełożenie na zyski. Zrozumiało to Google czy Microsoft a i może w Polsce coraz mniejszym problem będzie, to że ktoś ogląda sobie filmik na YouTube w godzinach pracy.
