O agresji u dzieci kolejny raz
Tym razem napisałem kilka słów na prośbę dziennikarki z Wirtualnej Polski. Wklejam tutaj, bo pewnie w artykule znajdą się ze dwa zdania
1. Skąd taka agresja u coraz młodszych dzieci? Czy ma na to wpływ zanik więzi rodzinnych, a może tzw. bezstresowe wychowanie, o którym się tak często mówi, a może zupełnie inne zjawisko?
Niewątpliwie źródeł tego zjawiska należy upatrywać w tym co się dzieje w środowisku rodzinnym. Jednakże agresja nie wynika tylko i wyłącznie z braku stawiania dzieciom granic i co za tym idzie nie doświadczaniu przez nich konsekwencji tego co robią, lecz również z nadmiernej opresyjności i surowości. Rozluźnianie się więzi a także wzorce podpatrywane przez dzieci w domu (np. w tym jak wygląda relacja rodziców) mogą wpływać na intensywność zachowań agresywnych
Czego nie napisałem dziennikarce, lecz warto o tym wspomnieć: tzw „bezstresowe wychowanie” to mit. Ładnie to opisał kiedyś Wojciech Orliński
2. Szkoła zrzuca odpowiedzialność za agresję na wychowanie przez rodziców, rodzice bronią się wpływem rówieśników i złym systemem szkolnictwa. Czy rola wychowania nie leży przede wszystkim w rękach rodziców, a dopiero później szkoły?
Jedno i drugie ma znaczenie. O ile podstawowe wzorce zachowania i postępowania dzieci wynoszą ze swoich rodzinnych domów, o tyle w szkole niejako wcielają je w życie. Szkoła nie może pozostawać bierna przy zjawisku agresji. Musi dostarczać dzieciom także kompetencji społecznych, których przejawem braku są zachowania agresywne. Zmian postaw nie można jednak dokonać, skupiając się jedynie na samych dzieciach. W ten proces należy również angażować rodziców – szkoła i rodzice muszą ze sobą współdziałać.
3. Dlaczego tyle agresji akurat w szkole? Czy szkoły mogą skutecznie walczyć z przemocą między rówieśnikami?
Szkoła jest naturalnym środowiskiem społecznym dziecka. To tam przecież dzieci spędzają najwięcej czasu, tam mają najintensywniejsze kontakty z rówieśnikami i w szkole właśnie najlepiej widać jak sobie w relacjach interpersonalnych radzą. Szkoła może i powinna walczyć ze zjawiskiem przemocy i wielu placówkach aktywnie jej się przeciwdziała. Psycholodzy, pedagodzy, nauczyciele, pedagodzy zatrudnieni w oświacie z powodzeniem realizują programy profilaktyczne w tej kwestii. Rozwijanie ogólnie pojętych kompetencji społecznych, również zmniejsza natężenie agresji wśród młodzieży
4. Niepokojącym zjawiskiem jest agresja wśród dziewcząt. Dlaczego młode kobiety chcą dominować siłą – co jest znamienne dla meżczyzn, a zatracają swoją delikatność, rozsądek i opanowanie?
Te wymienione cechy, to elementy stereotypu kulturowego dotyczącego kobiet. Przemiany społeczne i kulturowe skutkują, także zachowaniami u dziewcząt nie obserwowanymi lub występującymi w znacznie mniejszym zakresie 20 czy nawet 10 lat temu. Młode dziewczyny mają więcej do udowodnienia, pokazania stąd te zachowania
5. Co powinni robić rodzice, by zapobiegać agresywnym zachowaniom swoich pociech?
Odpowiedź jest banalna: być ze swoimi dziećmi, na tyle na ile to możliwe. Pozwalać im doświadczać konsekwencji swoich zachowań, stawiać granicę. Jednak absolutnie nie stosować agresji, w żadnej formie,wobec nich . Jako środek wychowawczy działa ona na krótką metę, a skutki tego mogą być opłakane w przyszłości. Im lepsza relacja z rodzicami tym mniejsze problemy ma i sprawia w przyszłości dziecko.
Weekend
Do reżyserskiego debiutu Cezarego Pazury podchodziłem z nieufnością. Z jednej strony druzgocące recenzje krytyków filmowych z drugiej zaś pełne sale i pozytywny oddźwięk na internetowych forach. Ponadto sam Pazura, udzielił wywiadów dla niemal wszystkich pism od Gali po Wprost, promując swoje dzieło, przedstawiając je jako nową jakość.
Wchodząc poprzedniego wieczora do sali kinowej mimo wszystko nie miałem jakichś wielkich oczekiwań; liczyłem na w miarę świeżą, zabawną i rozluźniającą po ciężkim dniu pracy komedię.

Niestety, już po pierwszych 15 minutach filmu wiedziałem, że wyrzuciłem pieniądze w błoto, zaś wieczór mogłem spędzić w zdecydowanie ciekawszy sposób.
Co jako pierwsze rzuca się w oczy to fatalna gra aktorska. Mimo, że nie brakuje tutaj większych i mniejszych gwiazd polskiego kina to, w większości, wypadają słabo, blado i nie przekonująco. Przerysowane postacie, które zapewne w zamyśle reżysera, miały wzbudzać śmiech, rażą siermiężnością i sztucznością
To co czyni dobrą komedię to dowcip, gra słów – twórcy „Weekendu” bardzo, ale to bardzo starali się aby wzorem „Kilera”, „Poranka Kojota” czy „Chłopaki nie płaczą” przemycić publiczności powiedzonka, które zostają w głowie. O ile, w tych bardziej znanych „gangsterskich” komediach, robiono to w sposób w miarę zgrabny tak tutaj są one natrętne, sztuczne i wymuszone. Same gagi zaś adresowane są najwyraźniej do nałogowych czytelników „Faktu” – kogo innego może rozśmieszyć pierdnięcie w windzie?
Z całego filmu, zdecydowanie zbyt długiego i nie trzymającego tempa, przez co nużącego, wyziera brak zdecydowania jego twórców. Tak jakby nie mogli podjąć decyzji czy chcą zrobić jajcarską komedię gangsterską (chociaż ten gatunek w Polsce chyba już do cna jest wyeksploatowany) czy opowiedzieć jakąś poważną historię. W efekcie nie wyszło im ani jedno ani drugie, zaś wątek utraconej miłości Maxa kompletnie nie pasuje do całej reszty .
Można by nad filmem Cezarego Pazury pastwić się jeszcze dłużej: że wtórny (wszystkie postacie, jakbym już gdzieś widział, tylko w zdecydowanie lepszej wersji), schematyczny, nieudolnie kopiujący z zachodnich produkcji. Tylko chyba nie warto tracić na to czasu. Tak jak i na sam film
Klient czy pacjent?
Co jakiś czas, ktoś zwraca mi uwagę na to, że wobec osób korzystających z pomocy terapeutycznej zamiennie używam określeń klient i pacjent. Dla wielu osób to właśnie ten pierwszy sposób mówienia o przychodzących do psychologa jest szczególnie drażniący. Zdarzyło mi się nawet słyszeć zarzut pod adresem jednej z terapeutek: „Ona traktuje tych ludzi jak klientów!”
Słowo „klient” w oczywisty sposób pobudza skojarzenia związane z ekonomią. Gdy ktoś określi naszą rolę tym mianem, to przeważnie zakłada relację, w której istotne są głównie kwestie związane z pieniędzmi i zarobkiem jednej ze stron. Tymczasem powszechne wyobrażenie terapii, to głęboka, nastawiona na odkrywanie tajemnic, wręcz intymna rozmowa zmieniająca życie. Wszelkie odniesienia do pieniędzy banalizują taki obraz i czynią z niego zwykłą transakcję handlową, w której to terapeuta bierze pieniądze za to, że rozmawia. Zamiast intymności i wyjątkowości mamy rachunek zysków i strat, zaś z terapeutą rozmawiający, mogą poczuć się jak dostarczyciele jedynie pieniędzy, tak jak dla pani w pobliskim warzywniaku. Pragnienie bycia wyjątkowym dla terapeuty pojawia się dość często, konieczność płacenia poważnie takie fantazje narusza.
Według Wikipedii słowo „pacjent” oznacza „cierpiącego”. Skojarzenia związane z tym określeniem mogą obejmować z jednej strony ból, chorobę, konieczność leczenia z drugiej zaś troskę, pomoc, czyjeś poświęcenie dla dostarczenie tejże, lecz również zależność i brak możliwości pełnego decydowania o sobie. W relacji człowiek w roli pacjenta jest w jakiś sposób wyjątkowy, poświęcane są mu czas i uwaga, jedynym (a przynajmniej wybijającym się na główny plan) celem zaś pozostaje wyeliminowanie dolegliwości.
W kontekście terapeutycznym z oboma określeniami dla korzystających z pomocy wiąże się jeszcze jedna, zasadnicza dla tych rozważań kwestia; pacjent jest opisem totalizującym, mogącym być łatwo odniesionym do całości funkcjonowania człowieka co ułatwia postrzeganie go jako mającego bardzo poważne problemy i trudności zarówno przez innych jak i przez samego siebie. Gdy pracowałem w szpitalu pewną grupę przebywających tam, na własny użytek nazywałem „spacjentowaciałymi” – to znaczy takimi, którzy ze względu na bardzo długi czas korzystania z pomocy lekarskiej nie potrafili już funkcjonować bez stałej pomocy i opieki.
Tymczasem określenie „klient” wiąże się z zgoła odmiennym postrzeganiem człowieka w realiach terapeutycznych (ale też wszelkiej pomocy społecznej). Bliskie jest mi rozumienie takiej osoby jako kogoś kto generalnie dobrze funkcjonuje, w większości swoich obszarów życia, jest samodzielny, zaradny i niezależny - identyfikowanie i nazywanie jego zasobów, mocnych stron nie nastręcza zbyt wielkich trudności. To, że znalazł się u terapeuty oznacza, że ma jakiś kłopot, trudność i uznał, że spośród wielu różnych pomysłów na poradzenie sobie z nim warto wypróbować skorzystanie z usług terapeuty.
Jak istotna jest kwestia kim właściwie jest przychodzący do mnie człowiek, jak sobie go nazwę i tym samym jak będę go traktował, to uświadomiłem sobie po raz kolejny kilka dni temu gdy przyszła do mnie pacjentka doświadczająca od niedawna pewnych dość dokuczliwych problemów. Lekarz rodzinny zachęcił ją do skorzystania z pomocy psychiatry, co uczyniła. Po jednym razie jednak, zarzuciła spotkania z nim, zaprzestała brania przepisanych leków. Gdy zapytałem się co ją do tego skłoniła odpowiedziała: „boję się, że oznacza to, że jestem chora psychicznie, że jestem pacjentem psychiatrycznym, a z tego się przecież tak całkiem nie wychodzi” Gdy udało nam się wspólnie zmienić znaczenie chodzenia do psychiatry, w jej kontekście życiowym, poczuła dużą ulgę.
No i pośrednio stała się inspiracją do tej notki.
Przez Sieć
Wygląda na to, że rok 2011 za sprawą uczestnictwa w dwóch projektach, upłynie pod znakiem stawiania pierwszych kroków w pomocy psychologicznej przez internet. Od kilku tygodni jestem wolontariuszem w bezpłatnej ePoradni Instytutu Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Wstępnie zaangażowałem się również w inny pomysł na pomaganie ludziom przez Internet, jednak o tym przyjdzie czas opowiedzieć więcej przy innej okazji.
Pomoc psychologiczna on-line rozwija się bardzo prężnie. Wpisanie w Google frazy „psycholog online” zwraca ponad 550 tysięcy wyników. Poradnictwo tą drogą oferują zarówno „tradycyjni” terapeuci, którzy zdecydowali się poszerzyć swoją ofertę o internet jak i całe zespoły psychologów i psychoterapeutów, tworzone właśnie z myślą o takiej pracy.
Gdy kilka lat temu usłyszałem po raz pierwszy o tej formie pomagania wzbudziło to we mnie spory sceptycyzm. Argumenty przeciw pojawiały się jak z rękawa: brak „prawdziwej” relacji terapeutycznej, odcięcie od niewerbalnych komunikatów, powierzchowność kontaktu czy wreszcie ograniczone możliwości kontrolowania przebiegu całego procesu przez terapeutę i trudność w szybkim zareagowaniu na to co się z klientem dzieje.
Trzy kroki
Z biegiem czasu, jednak mój opór stopniowo malał. Pierwszym krokiem ku otwarciu się na pomoc on-line było dla mnie zrozumienie iż nie ma prostego przełożenia ze spotkań twarzą w twarz na kontakt terapeuty i jego klienta przez internet. Taka forma pracy wymaga przyjęcia odrębnych założeń co do całego procesu pomagania, ustalenia nieco innych zasad niż te obowiązujące w gabinecie oraz dostosowanie swojego stylu pracy do form komunikowania się przez Sieć. Inaczej pracuje się wymieniając maile z klientem, inaczej przez np. GG i jeszcze inaczej przez Skype’a

Krok drugi stanowiło uświadomienie sobie iż jest możliwym nawiązanie odpowiedniej relacji komunikując się tylko i wyłącznie przez internet. Przez Sieć robimy zakupy, załatwiamy sprawy w banku, planujemy podróże, a przede wszystkim nawiązujemy i utrzymujemy kontakty z ludźmi. Częstokroć takich relacji mamy więcej i są one bliższe niż w realnym świecie. Czy to korzystne zjawisko, to temat na zupełnie inną dyskusję. Co takiego zatem stoi na przeszkodzie aby regularnie kontaktować się ze swoim terapeutą i szczerze z nim rozmawiać? Ba, wyobrażam sobie, że jest pewna grupa ludzi, dla których jest to łatwiejsze niż spotkanie twarzą twarz w gabinecie.
Trzeci krok zaś, to doświadczenie komfortu pracy i związanej z tym potencjalnie większej użyteczności dla klienta. Pracując ostatnio nad jednym z zadań stażowych, uświadomiłem sobie nagle, jak dużo czasu mam na spokojne zapoznanie się z tym co napisał klient, przeanalizowanie tego, stworzenie hipotez, ułożenie pytań oraz sformułowanie tego co chciałbym szukającemu u mnie pomocy przekazać. Ten sam proces w gabinecie, muszę przeprowadzać w ciągu kilku-kilkunastu minut, tym razem miałem na niego kilka dni.
Czy to działa?
W moim podejściu do terapii ogromną rolę odgrywa jej skuteczność i użyteczność dla klienta, tak jak on sam ją pojmuje i odczuwa. Dlatego też, ważną kwestią są dla mnie wyniki badań odnośnie skuteczności terapii on-line. Są one zaskakująco pozytywne: badania na 520 amerykańskich żołnierzach powracających z Afganistanu wykazały, że większość z nich była usatysfakcjonowana rezultatami pomocy dostarczanej im przez internet oraz, że łatwiej im było pracować z terapeutami przez kamerki internetowe, niż twarzą w twarz. Inne badania wskazują na porównywalną skuteczność terapii poznawczo behawioralnej w tradycyjnym ujęciu jak i przez internet w leczeniu PTSD (http://instituteforfamily.org/online-counseling/is-online-counseling-effective/)
To oczywiście zbyt mało aby uznać, że pomoc on-line zawsze i wszędzie jest skuteczna, jednak może stanowić argument za wykorzystywaniem tej metody.
Nie wszystko takie różowe
Mimo wszystko do pomocy psychologicznej przez internet mam kilka uwag. Jako metoda względnie nowa i rozwijająca się nie posiada ogólnie przyjętego modelu stosowania jej. Oznacza, to że różnice pomiędzy terapeutami mogą być dość znaczne, standardy pracy zaś bardzo odmienne a co za tym idzie klient korzystający z niej w moim odczuciu narażony jest na nieprofesjonalne działania terapeuty w dużo większym stopniu niż przy tradycyjnych formach pomocy.
Z kwestią tą wiąże się również przygotowanie terapeutów do pomagania przez Sieć. O ile na Zachodzie nie brakuje szkoleń w tym zakresie (trwających od kilku do kilkunastu tygodni) o tyle Polska stanowi pod tym względem absolutną pustynię. Każe się to poważnie zastanowić nad kompetencjami tej masy terapeutów ochoczo zabierających się do pomagania przez Internet. Tak jak w każdej innej formie profesjonalnego pomagania, wskazane byłoby rozwijanie swoich umiejętności pod okiem bardziej doświadczonych pomagaczy i stałe superwizowanie swojej pracy. W naszych realiach jest to bardzo trudne o ile wręcz niemożliwe. Takich miejsc jak ePoradnia IPZ PTP, gdzie stażyści odbywają przeszkolenie i pracują pod nadzorem nie ma zbyt wiele. Gdy tego „terapeutycznego bhp” zaniedbać to pozostaje testowanie poznanych metod i teorii nieco na chybił trafił, co może być niekorzystne dla klientów.
Reasumując
Pomoc psychologiczna przez internet w formie czy to interwencji kryzysowej, czy terapii nie może być w żadnym razie traktowana jako konkurencja dla tradycyjnych form terapii i spotkania twarzą w twarz z psychoterapeutą. Póki co to jedynie poszerzenie spektrum form pomagania. Ze względu na swoją dostępność oraz relatywnie niższy koszt jest z pewnością dobrą propozycją dla tych, którzy z różnych względów do gabinetu terapeuty się nie wybiorą. Może także, jeśli odpowiednio przeprowadzona, stanowić zachętę do tego aby z usług terapeuty w ogóle skorzystać.
Etykiety
Inspiracją do dzisiejszej notki jest filmik znaleziony na Wykop.pl kilkanaście dni temu:
Pracując przez kilka lat na różnych oddziałach psychiatrycznych spotykałem się wielokrotnie z określaniem pacjentów per „schizofrenik”, „depresyjny”, „narcystyczny”. To naturalny sposób porozumiewania się ze sobą psychiatrów, psychologów czy terapeutów gdy próbują się dogadać co do swojego rozumienia funkcjonowania pacjenta i natury doświadczanych przez niego trudności.
Gdy zastanowić się jednak nad tym głębiej to łatwo dostrzec poważne zagrożenia związane z takim etykietowaniem ludzi. Na początek może jednak kilka słów o tym, skąd się właściwie takie etykiety wzięły: są one owocem pragnienia psychiatrii do bycia równorzędną dziedziną medycyny dla np. kardiologii, interny czy neurologii. Te tradycyjne działki medycyny, tworzą jednostki chorobowe na podstawie zespołów objawów i dysfunkcji w organizmie i dostosowują do nich odpowiednie metody leczenia. W psychiatrii natomiast w głównej mierze opierać się można jedynie na zachowaniach ludzkich, ich intensywności, czasie trwania oraz zmienności. Pod tym względem ocenia się ich patologiczność i grupuje w określone zaburzenia. Mniej-więcej na takiej zasadzie powstają najpopularniejsze kategoryzacje zaburzeń psychicznych ICD i DSM.
Jakie zatem niebezpieczeństwa tkwią w takim etykietowaniu? Na sam przód wysuwa się redukowanie i upraszczanie obrazu człowieka. Gdy już znajdziemy odpowiednią etykietę, łatwo jest na podstawie uogólnień i generalizacji tworzyć wnioski na temat całości funkcjonowania człowieka, a także jego historii życiowej, motywacji do podejmowania takich a nie innych wyborów czy pomysłów na przyszłość. Co więcej, przywiązanie do etykiet, prowadzi do mniej lub bardziej świadomego nastawienia na poszukiwanie zachowań przynależnych tej właśnie etykietce a umniejszenie i odrzucanie tych, które do niej nie pasują.
W pracy terapeutycznej, może to skutkować poważnymi konsekwencjami, z których najbardziej niebezpieczną wydaje mi się być przyjmowanie przez pacjenta „tożsamości chorego” Spotykam się z tym wielokrotnie: sami klienci mówią o sobie jako depresyjnych, zaburzonych osobowościowo itp. Pokazywanie im, że etykieta nadana im przez jakiegoś psychiatrę czy psychologa nie musi stanowić określenia dla całości ich funkcjonowania jest niekiedy bardzo żmudne. A to „oddzielenie” często stanowi dla nich dużą ulgę. I właśnie to w świetny sposób pokazuje załączony filmik. Wtedy gdy etykiety pochodzą z naszego własnego doświadczenia, naszego własnego pojmowania siebie to dają siłę, są źródłem zasobów. Gdy ktoś nam je narzuca z zewnątrz, z pozycji autorytetu, to mogą mieć negatywne działanie.
Etykiety zmieniające tożsamość mają dużą moc. Czasem jedna przykleja się i pozostaje wraz z jej posiadaczem na całe życie. Etykietami bardzo lubi operować np. ruch AA. Gdy raz ktoś zostanie określony „alkoholikiem” to zostaje nim do samego końca. Nawet gdy nie pije przez 30 lat to nadal nim jest. Nie ma możliwości aby wyzdrowieć. Podobnie jest z innymi.
Kategoryzowanie a co za tym idzie nadawanie tym kategoriom określonych nazw jest naturalnym procesem poznawczym, bez tego średnio możliwe byłoby w ogóle poruszanie się w świecie i ogarnianie jego złożoności. Warto jednak pamiętać, że kiedy dotyczy ono ludzkich zachowań i postaw to może mieć daleko idące skutki. Łatwo przecież jest tworzyć zupełnie jednorodne charakterystyki homoseksualistów, lewicowców czy prawicowych publicystów. Za każdą etykietą kryją się jakieś zachowania. Nie zdarza się jednak aby etykiety były w stanie opisać całość funkcjonowania człowieka.
Najważniejsze z wyborów
Za niespełna 5 dni wybory samorządowe. Ponad dwanaście i pół tysiąca komitetów wyborczych stanie do boju o stanowiska w sejmikach wojewódzkich, radach powiatów i radach miejskich. Siedem tysięcy siedmiuset osiemdziesięciu kandydatów walczy o fotele burmistrzów, wójtów oraz prezydentów. Jest w kim wybierać.
Elekcje parlamentarne i prezydenckie wzbudzają najwięcej emocji. Gdy przychodzi czas wyścigu o fotele na Wiejskiej czy tak jak ostatnio o miejscówkę przy Krakowskim Przedmieściu (albo w Belwederze) potencjalni wyborcy zasypywani są informacjami o tym jak każdy jeden kandydat na posła czy prezydenta (nawet jeśli jego sondażowe poparcie sugeruje, że zagłosuje na niego jedynie rodzina, a i to nie w całości) zbawi Polskę i powiedzie utrudzoną ojczyznę ku świetlanej przyszłości. Jak to wygląda w rzeczywistości, widać bardzo dobrze – wyborcy proszeni są w zasadzie o dostarczenie żołnierzy dla kilku wciąż tych samych facetów. I jak to w wojsku, szeregowiec nie ma za wielkiego wpływu na strategię armii, w której służy.
Wybory samorządowe to jednak zupełnie inna sprawa. Owszem, tu również o stanowiska starają się kandydaci z partyjnym znaczkiem w tle (mimo, że niektóre partie nagle próbują udawać, że nie zajmują się polityką) jednak poziom dyskusji jest zupełnie inny. Spór dotyczy, a przynajmniej powinien, konkretów. Kandydat na radnego czy wójta, opowiadający ideologiczne bajki, raczej nie będzie traktowany poważnie. W moim rodzinnym Koszalinie, wyborcza debata toczy się m.in wokół kwestii spalarni śmieci i ruchu samochodowego w centrum miasta. Tematy te są istotne dla mieszkańców, kandydaci mają różne pomysły i to z ich realizacji będą rozliczani przy kolejnej okazji. Od tego jakie te pomysły są i jak zostaną zrealizowane zależy jakość codziennego życia.
W moim odczuciu konkretne również muszą być kwalifikacje kandydatów na samorządowe stanowiska. Uwagi warci są ci, którzy już czegoś dokonali, coś zbudowali. To oni dają największe szanse na to, że obiecywane przez nich rozwiązania doczekają się wcielenia w życie. Ludzie mający jakieś „pozapolityczne” życie i osiągnięcia (np. w biznesie) są w moim odczuciu lepszym materiałem na dobrych radnych, wójtów i prezydentów niż gołowąsy bez innego pomysłu na życie niż polityka czy wieczni urzędnicy niemal od zawsze żyjący z publicznych pieniędzy
Dlatego 21 listopada warto stawiać krzyżyki w sposób rozsądny i przemyślany, zwracać uwagę na kandydatów i to co sobą reprezentują niekoniecznie zaś na partię, której akurat na dziś są reprezentantami. Z wybieraniem partyjnych kandydatów wiąże się jeszcze jedno ryzyko: zawsze będą w większym lub mniejszym stopniu uzależnieni od swojej „centrali”; wiąże się z tym ryzyko iż mogą w krytycznej chwili wybrać interes partii a nie miasta lub gminy. Taka sytuacja miała miejsce w Koszalinie, gdy w wyniku partyjnych układanek stanowisko stracił jeden z wiceprezydentów tylko dlatego, że należał do „nieodpowiedniej formacji” co było nie do przełknięcia dla partyjnego bonza na ciepłej posadce w Ministerstwie Środowiska. Co ciekawe mającego, na tyle czasu aby jeszcze kierować lokalnymi strukturami PO w Zachodniopomorskim.
****
Koszalinian zaglądającym na tego blogaska zachęcam do głosowania na naprawdę dobrego kandydata na prezydenta naszego miasta
In vitro: wykluczyć Kościół
Wielkimi krokami zbliża się sejmowe głosowanie nad zasadami dostępu do zapłodnienia in vitro. Z jednej strony to nadzieja dla mnóstwa par nie mogących posiadać potomstwa, z drugiej źródło bezsennych nocy dla tych, którzy metodę tą widzą jako zamach na ich system wartości.
Głoś Kościoła Katolickiego jest w tej sprawie jednoznaczny i niemal nie dopuszczający dyskusji. Niemal gdyż biskupi w oficjalnym komunikacie wykluczają zapłodnienie pozaustrojowe jako zagrożenie dla podmiotowości człowieka (przy czym, jego nie pojawienie się na świecie w ogóle, jak rozumiem, takim zagrożeniem nie jest) ale jeden z projektów nie budzi jakiegoś wielkiego wzburzenia kościelnych hierarchów, chociaż najbardziej im się podoba pomysł aby lekarzy przeprowadzających takie zabiegi wtrącać do lochu. W marzeniach biskupów i działaczy Contra In Vitro pewnie jest tak:
W obliczu takich armat, posłowie stoją pod ścianą, kto poprze in-vitro ten ściągnie na swoją głowę gniew kościelnych włodarzy a to obniży szansę na reelekcję. Chociaż może jednak nie: dla wielu parlamentarzystów postawa KK to pewnie wygodne usprawiedliwienie dla zapomnienia o gwarantowanym przez konstytucje braku preferencji dla konkretnego światopoglądu. Ustawa pewnie przejdzie, w jakimś dziwacznym kształcie, czyniąc dostęp do in-vitro większą lub mniejszą fikcją, uspokajając rządzących, że sprawa została załatwiona. Zaś osoby potrzebujące pomocy, będą sobie radzić tak jak w przypadku aborcji – np. jeżdżąc do przygranicznych klinik w Niemczech.
Mam wrażenie, że tkwimy w jakimś ideologicznym szaleństwie. W momencie gdy in vitro jest normalnym sposobem radzenia sobie z problemem niepłodności na świecie, gdy twórca tej metody dostaje nagrodę Nobla, my słuchamy dobiegającego z mentalnego średniowiecza głosu biskupów. Zaś minister finansów parom nie mogącym mieć dzieci, mówi, że „że bardzo żałuje, ale są pewne wartości, które są ważniejsze”.
I te właśnie wartości są dla mnie w tej kwestii kluczowe. Zastanawiam się, czy minister Rostowski, biskupi oraz działacze z Contra In Vitro dopuszczają, że są ludzie, którzy mogą mieć wartości pozwalające na skorzystanie z metody in vitro? Czy w XXI wieku, w demokratycznym państwie, mającym zapisaną w konstytucji religijną neutralność ta kwestia może pozostać w sferze rozważań prywatnych? Obserwując, to co się dzieje w okół tej sprawy mam poważne wątpliwości czy co do tego jest zgoda. Rozsądek kolejny raz przegrywa z ideologią. Obywatele zaś, widziani są jako tacy, którzy nie są zdolni do samodzielnego podjęcia właściwej moralnie decyzji, więc o tą moralność musi zadbać za nich państwo.
Szkoda w tym wszystkim, tych ludzi, którzy pragną posiadać dzieci ( co jakby nie patrzeć jest w interesie państwa) ale ich pragnienia i potrzeby stają się nieważne w obliczu ideologicznych bojów. Chciałbym doczekać czasów gdy o in vitro będzie można rozmawiać jak o standardowej procedurze medycznej, bez bycia narażonym na pouczanie o tym co właściwe moralnie a co nie.
Dopalacze – stracona szansa
Wczoraj sklepy z dopalaczami zniknęły raz na zawsze
Premier chwali się zmasowanymi działaniami, podległych mu służb, które doprowadziły do zamknięcia lub co najmniej poważnego utrudnienia działalności ponad tysiąca punktów sprzedających te specyfiki a mi jest smutno. Nie dlatego, żebym takiego dopalania do czegokolwiek potrzebował ale dlatego, że histeria wygrała przez nokaut z racjonalnym myśleniem. Pewnie na miesiąc przed wyborami samorządowymi nie mogło być inaczej – media co chwila informując o przypadkach śmierci lub poważnych zatruć spowodowanych użyciem dopalaczy, wręcz zapraszały do roli Robiącego Porządek Szeryfa. I premier Tusk skwapliwie z tego zaproszenia skorzystał.
Blitzkrieg przeciwko dopalaczom, zapewne uspokoił wiele osób. Politykom i urzędnikom, dał poczucie odpowiedzenia na potrzeby obywateli oraz dobrze wykonanej roboty, lekarzom nadzieję na mniejszą ilość pacjentów w stanie zagrożenia życia, rodzicom ulgę, bo ich dzieci stały się właśnie choć odrobinę bezpieczniejsze. Zagrożenie zniknęło, wszystko jest w porządku.
Gdy sięgnąć do psychologicznych wyjaśnień takich zjawisk jak używanie substancji psychoaktywnych oraz uzależnienia nie się od nich cała ta akcja przeciwko dopalaczom staje się kompletnie bezsensowna. Trudności w radzeniu sobie z napięciem, stresem, brak wiary w siebie, kłopoty w relacjach interpersonalnych, rodzinne wzorce itd, itp… Taką wyliczankę można ciągnąć. Czy zamknięcie sklepów z dopalaczami cokolwiek dla osób „dopalania” potrzebujących zmieni? Czy sprawi, że nagle ze swoimi problemami zaczną sobie radzić w konstruktywny sposób? Szczerze wątpię
Szkoda, że głosy ekspertów w tej sprawie, nie przebiły się przez dopalaczową histerię. Tym samym, myślę sobie, o wiele lat odsunie się dyskusja na temat narkotyków i ich dostępności w Polsce. Trudno mi sobie wyobrazić, że Donald Tusk po zwycięskim boju z dopalaczami, pochyla się np. nad kwestią legalizacji marihuany. Raczej wzmocniona została tendencja do karania, zabraniania i tępienia.
Zamiast rozmowy o rozwijaniu profilaktyki i kontrolowaniu dostępności jest akcja pod publiczkę. Zaprzepaszczona została, w moim odczuciu, szansa na zdroworozsądkowe podejście do kwestii narkotyków. Bo nie oszukujmy się: policyjna pałka i urzędniczy zakaz to sposoby na eskalację problemu a nie jego rozwiązanie. Dilerzy narkotyków, muszą być po kończącym się właśnie weekendzie w szampańskich nastrojach. Przybędzie im klientów, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.
Gdybym przez jeden dzień mógł doradzać premierowi Tuskowi powiedziałbym mu, że do narkotyków ( w tym dopalaczy) lepiej podejść w taki sam sposób jak do alkoholu. Ustanowić ograniczenia w dostępie do nich ale zarazem zaangażować środki w działania mające na celu ograniczanie potrzeby jego spożywania i negatywnych skutków gdy już do tego spożywania dojdzie. Mimo jak najlepszych chęci, ludzi nie da się zupełnie odciąć od tego co jest im potrzebne. A jak się spróbuje, to kreatywność i fantazją podsuną metody, wobec których państwo będzie bezradne. Czyż nie z tego właśnie zrodziły się sklepy z dopalaczami? Bardzo trafnie ujął to Wojtek Orliński
Ludzie, którzy przestali się bać
Od kilkunastu dni wykonuje zlecenie dla Koszalińskiej Agencji Rozwoju Regionalnego, polegające na badaniu predyspozycji do prowadzenia działalności gospodarczej. Ci, których Agencja uzna za wystarczająco dobrych (moja ocena jest tylko jedną z wielu), otrzymają solidny zastrzyk gotówkowy na „rozruch” oraz stałe wsparcie przez następne miesiące.
Z każdą z rozmów z zakwalifikowanymi do projektu, robi mi się na sercu cieplej. O to bowiem mam do czynienia ze zjawiskiem dość niezwykłym, w naszym kraju trudnym do spotkania: skupiskiem ludzi o wielkiej ambicji, samodzielności, determinacji i pragnieniu przejęcia pełnej odpowiedzialności za swoje życie. Wykazują się przy tym niesłychaną pomysłowością i uporem.
Opowiadają mi swoje historie: praca na etat i nagła jej utrata, albo z nagła pojawiające się przekonanie, że nie wykorzystuje się w pełni swoich możliwości. Najfajniejsi są młodzi ludzie, którzy kończąc szkołę, nie wyobrażają sobie, że mieliby pracować na kogoś i od razu rzucają się na głęboką wodę własnego biznesu. Jest grupa osób, w okolicach 50-ki, którzy z różnych przyczyn nie pracują, nie chcą jednak poświęcać energii na zdobywanie zasiłków, zapomóg, wcześniejszych emerytur etc., tylko stworzyć coś własnego. Oczywiście, wszyscy oni przychodzą po kasę i robią wszystko aby jak najlepiej się zaprezentować, jednak na moje pytanie „A co jeśli nie dostaniesz tej kasy?” odpowiedź to zwykle: „I tak otworzę ten biznes”.
Myślę sobie, że wszyscy oni prezentują niesłychaną odwagę oraz motywację do działania. Postępują na przekór wzorcowi kulturowemu, wedle którego należy złapać robotę na etat, wysiedzieć swoje od 7 do 15 i wrócić do domu, ewentualnie jeszcze ponarzekać na marną płacę i wrednego szefa. Podejmują zamiast tego wielki wysiłek samodzielnego kształtowania swojego życia i osiągania jak największego wpływu na nie.
Są mi o tyle bliscy, że sam od pewnego czasu jestem „na swoim”. Pracuję więcej i ciężej niż gdy wyrabiałem „pańszczyznę”. Jednak poziom satysfakcji skutkuje potężnym energetycznym kopem. Polecam każdemu






