Mój anioł jest kobietą

 Jacek Hugo-Bader 2009-04-11, ostatnia aktualizacja 2009-04-10 15:29:11.0

Myślał, że celuję do niego z karabinu. Niewiele brakowało, a porwałby mi duszę

Na koniec nabrała w usta tyle mleka, ile tylko jej się zmieściło. Miseczkę wsadziła mi w ręce, żeby jej nie przeszkadzała, zamachnęła się dobrze głową, niemal wzięła rozbieg i wypluła mi wszystko prosto w gębę.

Od razu poczułem się lepiej. A kiedy wytarłem oczy, zobaczyłem najprawdziwszą fakturę VAT-owską na 800 rubli (80 złotych) za "rytuał oczyszczenia".

Kiedy rozliczałem w redakcji delegację, wpisałem ją jako "wydatek na ochronę zdrowia".

Cennik

To o 500 rubli więcej, niż się umówiliśmy. Za full service, bo nie tylko oczyściła mnie i całą przestrzeń wokół od złych zdarzeń, uczynków, duchów i wspomnień, całej złej energii, którą przez lata zgromadziłem, ale przy okazji połączyła się z moimi przodkami i uprosiła ich, żeby w dalekiej drodze chronili mnie od złego.

Dużo tańsze by były "konsultacje". Biorą za nie co łaska, a więc przynajmniej sto rubli (10 złotych), bo to tylko kilkuminutowe wróżenie z gadalnych kamuszków, które powiedzą, na co jestem chory i co mnie czeka w najbliższych dniach, miesiącach, latach.

Rytuał oczyszczenia samochodu osobowego za 300 rubli, a ciężarowego za 600 sprawi, że auto będzie służyło długie lata bez awarii i wypadków. Z kolei ten sam rytuał w mieszkaniu kosztuje 500 rubli. Oczyszczenie stada kóz, baranów, koni, jaków i wszelkiego inwentarza to aż 3 tysiące, a szkoły, szpitala, biura, restauracji i każdego biznesu - 5,5 tysiąca. Kiedy szamankę, która opluła mnie mlekiem, zaprosili do ministerstwa pracy republiki, zaokrągliła tę sumę do 6 tysięcy.

Pozostałe pozycje z cennika Wspólnoty Szamanów "Dungur" to święcenie źródła i drzewa za 1,5 tysiąca rubli, rodzinne rytuały karmienia ognia albo wody za 2,5, obrzędy pogrzebowe w domu lub na cmentarzu na 7. i 49. dzień po pogrzebie oraz na rok po śmierci za

2 tysiące. Cena za każdym razem rośnie o tysiąc rubli, jeśli trzeba pojechać za miasto. Przy "wygaszeniu histerii", "zbawianiu od strachu", "zapewnieniu sukcesów w biznesie, miłości, nauce i życiu rodzinnym" oraz "pomocy w wyborze zawodu, a także partnera życiowego" cena nie była podana. Zależy, jak skomplikowany jest przypadek. Podobnie jest z leczeniem chorób duszy, ochroną przed czarami i zdejmowaniem różnych klątw.

Bardzo łatwo przeliczam ruble na złotówki, bo wystarczy skreślić jedno zero i mam polską walutę.

Szpital

Spotkałem ją w Szpitalu Dziecięcym miasta Kyzył w Republice Tuwa w syberyjskiej części Rosji. W mojej samotnej podróży samochodowej z Moskwy do Władywostoku musiałem zjechać z drogi prawie tysiąc kilometrów na południe, żeby to zobaczyć.

W białej sali wyłożonej kafelkami, między wyciągami do połamanych nóg i stojakami na kroplówki, uwija się wyjąca baba w indiańskim pióropuszu na głowie i brudnym chałacie do ziemi, z którego zwieszają się setki kolorowych sznurków, szmatek, dzwonków, blaszek, lusterek, kamieni, a także skórek, skrzydeł, kłów, łap i kości różnych zwierząt. To szamanka Anisja Otsur. Z kości piszczelowej barana przerobionej na instrument dęty wydobywa najpotworniejszy dźwięk świata. To także przez ten straszny ryk prawosławni i świadkowie Jehowy z Kyzyłu nazywają szamanów sługami szatana.

Dymiącą iglastą gałęzią kobieta okadza łóżko przerażonego dziewięcioletniego chłopca z maską tlenową na twarzy. Skrzydłem kruka wmiata dym na białą pościel, na zapłakanych rodziców, pielęgniarki i lekarza, którzy stoją obok chorego. Dym wysokogórskiego autysza oczyszcza i uspokaja, odpędza złe moce. Matka chłopca trzyma eren, bardzo podobną do szamanki ohydną lalkę z czarną twarzą. Starucha za pomocą dyngura, czyli szamańskiego bębna z koziej skóry, zapuszcza w niego ducha, który ma uratować umierającego na raka żołądka chłopca.

Wali więc jak opętana i śpiewa przeciągle, strasznie, tran-sowo, a wszystkie dzieci w sali zaczynają rozpaczliwie płakać. Na koniec pałką, którą łomotała w bęben, czyści chłopca jak szczotką do ubrania, a po ścianach, oknach i podłodze chlapie wódką oraz mlekiem z foliowego cyca.

Tuwa to najbardziej zapadły zakątek świata, a już na pewno azjatyckiego kontynentu, którego geograficzny środek znajduje się nad brzegiem Jeniseju, zaledwie kwadrans drogi piechotą od szpitala dziecięcego. Droga, którą się tutaj dostałem, także się tutaj kończy. Tuwa nie ma kolei ani nawet sąsiadów. Jest otoczona porośniętymi tajgą bezludnymi górami. Z jednej strony Sajany, z drugiej Ałtaj, a na południu dzikie mongolskie stepy. Pierwsi chrześcijanie dotarli do Tuwy w XIX wieku, a pierwszy dom stanął dopiero w następnym stuleciu. I kompletnie niczego tutaj nie ma. Żadnych zabytków, okazałych budowli, przemysłu, a 90 procent budżetu republiki to dotacje z Moskwy. Dziura taka, że nawet żaden światowy sprzedawca frytek i hamburgerów nie założył tutaj swojej stołówki.

Tuwińcy to jedyny naród Syberii, który jest w swoim kraju większością narodową. I to zdecydowaną, bo na 314 tysięcy mieszkańców Rosjan jest zaledwie 30 tysięcy.

Najdawniej

Pierwszy raz zamknęli Kuular Chandyżap Medi-Kyzy w 1929 roku. Ludzie nazywali ją

Uł-Cham, co znaczy Wielka Szamanka. Miała wtedy 44 lata. Poprzedniego Wielkiego Szamana bolszewicy rozstrzelali zaraz po rewolucji październikowej.



To była pierwsza akcja bezpieki przeciwko szamanom. Zganiali ludzi na place i w ogniskach palili bębny, ereny, rytualne stroje. Wszelkie szamańskie praktyki uznano za niezgodne z prawem. Uł-Cham z całą rodziną została wygnana z wioski i na dziesięć lat deportowana setki kilometrów na południe, nad mongolską granicę. Dla Tuwińca wyrwanie z rodzinnego miejsca to straszliwa kara.

Kilka lat później znowu została aresztowana i skazana na pięć lat więzienia za to, że była matką kontrrewolucjonisty. Jej syn był tuwińskim urzędnikiem państwowym. W okresie stalinowskiej wielkiej czystki uznano go za japońskiego szpiega, wroga narodu i rozstrzelano.

Odsiedziała cały wyrok, a w 1947 roku została aresztowana po raz trzeci. Wbrew zakazowi ciągle leczyła dzieci w rodzinnej wiosce. Uznano to za zamach na radziecką medycynę i dano 25 lat łagru. Miała 62 lata.


Mongusz

Codziennie można go spotkać w Muzeum Narodowym Tuwy, które w dni słoneczne otwarte jest od godziny 10 do 18, a w pochmurne od 11 do 19.

Na zapartych kołkiem drzwiach pracowni tablica: „Szanowny Mongusz Borachowicz Kenin-Łopsan, doktor nauk historycznych, główny specjalista etnograf, żywa skarbnica szamanizmu, Człowiek Wieku Republiki Tuwa, pisarz narodowy, założyciel i honorowy prezydent Tuwińskiej Wspólnoty Szamanów »Dungur «”.

Pod spodem druga, jeszcze większa tablica: "Wejście do prezydenta... (wszystkie tytuły powtarzają się w odwrotnej kolejności) płatne dziesięć rubli". To jest złotówka. A kołek najwyżej metrowy, gruby jak ramię, sękaty, krzywy, pomalowany na blade kolory. Oparty o drzwi, a mówili, że szanowny Mongusz Borachowicz jest u siebie... Eeee, chyba zajrzę - myślę sobie i wyciągam rękę.

- Stój! - krzyczy długowłosy, siwy staruszek. - To święty kołek!

Później się dowiedziałem, że pochodzi z kultowego drzewa szamanów i że Mongusz Borachowicz od 55 lat używa go zamiast klucza do swojej pracowni. To strażnik, którego nie ośmieli się dotknąć żaden tuwiński złodziej.

Na dzień dobry musiałem powiedzieć, kiedy się urodziłem. Okazało się, że w roku koguta. Pan Mongusz wyjął swoje gadalne kamuszki, poukładał w kupki, pokiwał głową i powiedział: - Trzeba wiedzieć, kiedy urodził się człowiek, koń, cielę, wielbłąd, żeby wiedzieć, co jest warty. Ja się urodziłem 10 kwietnia 1925 roku. To rok krowy.

Jest siostrzeńcem Wielkiej Szamanki - Uł-Cham. Jedynym potomkiem potężnego szamańskiego rodu, bo dzieci Uł-Cham komuniści wymordowali co do jednego.

Nie pozwolił mi zadać żadnego pytania. Za każdym razem, kiedy próbowałem, krzyczał na mnie, że pytam jak pierwszoklasista, że nie czytałem jego książek, że wizytówkę chciałem odebrać od niego lewą ręką i że nie rozumiem Wschodu, a na domiar złego mówię za głoś-no, a on jest człowiekiem, który "pracuje czuciami", do tego człowiekiem odchodzącym.

Ale wręczył mi grzebyk, kazał się uczesać i zrobić sobie zdjęcie, a potem musiałem wpisać się do jego księgi pamiątkowej. Powiedział, że mam go pochwalić i pięknie za wszystko podziękować. Kiedy skończyłem pisać, spał z głową na biurku.

Przychodnia

Wspólnota Szamanów "Dungur" ma swoją siedzibę w maleńkim drewnianym domku na ulicy Raboczej 255 w Kyzyle. Prowadzi szamańską przychodnię z całodobowymi dyżurami i wizytami domowymi. Związek ma sekretarkę, księgową, płaci podatki, składki emerytalne i ubezpieczenie zdrowotne dla szamanów.

Szefową przychodni jest Nadieżda Sam, 54-letnia emerytowana nauczycielka geografii. Zatrudnia 10 spośród 300 działających oficjalnie (a więc mających legitymację jednego z trzech związków) tuwińskich szamanów. Do pracy w stolicy przyjeżdżają czasem z bardzo odległych górskich wiosek, bo tylko tutaj można przyzwoicie zarobić.

Nadieżda pęka ze śmiechu, kiedy opowiadam, jak przyjął mnie szanowny Mongusz Borachowicz. W całej Tuwie nikt inaczej o nim nie mówi.

- Powinieneś był mieć dla niego podarek - mówi. - Najlepiej ogromną bombonierkę.

- Dlaczego lekarze wpuszczają was do szpitali?


- Bo nam zdarzają się cuda, a im nie. Nikt nie potrafi tak jak ja powstrzymać krwotok. A kiedy krwawi człowiek z hemofilią, lekarze sami do mnie dzwonią.

- Jak to robisz?

- Namawiam. Namadlam.

Nadieżda dmucha do środka zaciśniętej pięści, coś do niej szepcze, mruczy i przyklepuje z rozmachem w miejscu, gdzie na udzie na niby mam ranę.

- Szamanizm to wiara w siły przyrody i duchy przodków - mówi. - To nie ja leczę, ale jakaś nieznana moc, którą proszę o pomoc. A jak krwotok nie ustaje, robię rytuał poświęcenia wody, ale takiej żywej, w rzece, nad którą rozpalam ogień. Wrzucam do niego różne rzeczy do jedzenia i picia i tak przez dym karmię ducha rzeki. I cały czas modlę się słowami i bębnem. Potem nabieram wody i przynoszę do szpitala. To już nie jest zwykła woda, tylko zamodlona. Chory ją pije i się nią obmywa. Tak się tworzy harmonijny, równy, połączony rytm wody, rytm ognia i człowieka. Rytm doskonały.

- Dlaczego jesteście tacy podobni do indiańskich szamanów? - pytam Nadieżdę. - Takie same pióropusze, bębny, rytmy, melodia i sposób śpiewania. I podobne obrzędy.

- To oni są do nas podobni. Przecież stąd pochodzą. 12 tysięcy lat temu ruszyli ze środkowej Syberii, przeszli Cieśninę Beringa i zaludnili obie Ameryki.

Odlot

Szamanka Anisja Otsur, ta, którą spotkałem w szpitalu dziecięcym, nie chce mi powróżyć. Bardzo słabo radzi sobie z rosyjskim. Mówi, że do wróżby potrzeba wielu "nieprostych" słów, a ich nawet w tym języku nie ma.

Bardzo żałuję, bo Anisja potrafi wróżyć z łopatki baraniej, którą wrzuca do ognia, a potem obserwuje, jak się pali. To bardzo prosta, ponadsiedemdziesięcioletnia wioskowa kobieta pachnąca dymem i zwierzętami, która nawet w zimie ma twarz spaloną słońcem. Anisja grzechocze jak szkielet, bo jej obrzędowy strój obwieszony jest bielutkimi kośćmi kóz i baranów. Pochodzi z wioski Iskra, a po tuwińsku Cubon-Sażenałak, w której do dziś działa pasterski sowchoz Iskra. Od ponad połowy wieku, od kiedy odkryła w sobie szamańską moc, kolejni komunistyczni naczelnicy sowchozu w obliczu pomoru zwierząt, klęsk żywiołowych, a nawet zapaści finansowych i braku paliwa do maszyn nakazywali jej potajemne odprawianie odpowiednich rytuałów.

Kobieta podpala gałązkę autyszu, w ogniu oczyszcza i grzeje ręce, potem zdmuchuje płomień, więc roślina zaczyna kopcić obficie jak świeca dymna. Okadza mnie bardzo starannie, nawet stopy, w kroku i pod pachami. Okadza taboret, fragment sufitu i podłogi, na którym go stawia. Każe mi usiąść.

Wykonuje mnóstwo dziwacznych czynności. Przelewa mleko i wódkę do różnych naczynek, gładzi suchego węża, który wisi na rogach jelenia, grzechocze swoją czarnoksięską biżuterią i ciągle okłada mnie dziwnym drewnianym berłem z ogromnym kołtunem szamańskiego badziewia: kości, kłów, pazurów, piór, wstążek, szmatek, blaszek i kawałków drewna. To abieriok, najsilniejszy, osobisty strażnik Anisji, coś jakby szamański kompleks witamin, berło z mikstem talizmanów, w którym każdy chroni od czego innego.

- Boli cię serce? - pyta.

- Nie.

- Ale zacznie. Nie powinieneś pić. Pamiętaj. Masz ogromną siłę woli. I wyobraźnię. I droga daleka przed tobą. Ale otwarta. Uważaj jednak na duże żelazo. Dla ciebie bardzo niebezpieczne.

- Ja tutaj samochodem. I za Bajkał muszę. Do Władywostoku.

- Trzeba do wulkanizacji i sprawdzić. Koła. Widzę koła. Zawołam ducha miejsca, w którym się urodziłam, żeby głową ci nie kręciło.

Każe mi wypić mleko i wódkę z kilku naczyń. Muszę zamknąć oczy, więc włączam dyktafon, żeby chociaż dźwiękowo zapamiętać, co robi. Powietrze gęstnieje od dymu, a ona zaczyna walić w bęben. Z każdym uderzeniem mocniej, szybciej, rytmicznie, jakby chciała tą muzyką kogoś przegnać, pokonać. Albo zabić. I zawodzi smętnie, coraz bardziej dziko, narkotycznie, gardłowo. Tylko niektórzy Tuwińcy potrafią wprawić struny głosowe w tak niesamowite drgania, by jednocześnie wydobywać z gardła kilka dźwięków o różnej wysokości, wywoływać wibracje, które zmieniają rytm twojego serca.

Po trzech-czterech minutach cichnie i pluje na mnie mlekiem.

Kiedy przed tygodniem przesłuchiwałem kasety, okazało się, że to nie były trzy-cztery minuty. Taśma przewinęła się do końca, więc minęła co najmniej godzina, a ona ciągle bębniła i śpiewała. A dokąd ja odleciałem? Usnąłem na siedząco? Umarłem na trochę?


Dawno

Kupiłem największe pudło czekoladek, jakie znalazłem w Kyzyle, i jeszcze raz poszedłem do szanownego Mongusza Borachowicza.

Ostatni raz swoją ciotkę, Wielką Szamankę, Uł-Cham, widział w 1947 roku, przed wyjazdem na studia do Leningradu. Wróżyła mu i powiedziała, że w żadnym wypadku nie powinien wracać w rodzinne strony wcześniej niż za sześć lat. Wkrótce została aresztowana po raz trzeci.

W siedzibie kyzylskiego NKWD na ulicy Komsomolskiej obcięli jej włosy i zrobili zdjęcie. Uł-Cham jest jeszcze w swoim płaszczu, który Tuwińcy nazywają "del", ale niebawem zamieniła go na obozową kufajkę. Została skazana na 25 lat łagru i wywieziona z Tuwy na Daleką Północ, do żeńskiego obozu Czarnogorka w Krasnojarskim Kraju.

Sześć lat minęło w 1953 roku. Mongusz Borachowicz wraca ze studiów do domu, a na dworcu kolejowym w Abakanie podchodzi do niego mężczyzna i prosi o pieniądze, bo nie ma za co wrócić do domu. Dostał, a wtedy mówi, że wie, kim jest Mongusz, bo wyszedł właśnie z łagru, gdzie spotkał szamankę Uł-Cham. Opowiadał, że miała w obozie proroczy sen.

- Słońce zostało otoczone czarnym kręgiem - szanowny Mongusz przypomina sobie opowieść nieznajomego. - Z nieba spadł srebrny deszcz i przyszedł huragan. W ziemi powstała szczelina, z której wypłynęła czerwona rzeka.

Uł-Cham opowiedziała swój sen wszystkim więźniom i wytłumaczyła, że w kraju stanie się coś niezwykłego. Następnego dnia umarł Stalin. Moja ciotka powiedziała temu człowiekowi, że on niebawem wyjdzie z łagru.

Szamanka powiedziała także nieznajomemu, że młodzieniec, którego po drodze poprosi o pomoc, i on mu jej udzieli, będzie ostatnim męskim potomkiem w jej rodzie. Ma go od niej pożegnać, bo nigdy więcej się nie zobaczą.

Obozy pustoszały. W Czarnogorce, w której Uł-Cham była już ostatnią Tuwinką, naczelnikiem był rosyjski generał NKWD. Jego córka ciężko chorowała. Leczyła się nawet w Moskwie, ale nie było dla niej ratunku. Umierała, więc w skrajnej rozpaczy naczelnik zwrócił się o pomoc do starej szamanki.

Uł-Cham wyleczyła dziewczynkę. Z wdzięczności generał załatwił jej zwolnienie, wsadził do własnego samochodu i ruszyli w drogę powrotną w rodzinne strony szamanki.

Na ostatni nocleg zatrzymali się już w Tuwie, przed brodem, u wędrownych pasterzy. Wielka Szamanka długo stała na brzegu i cicho śpiewała, potem zdjęła buty, wrzuciła je do rzeki i powiedziała, że nie jest jej pisane powrócić do domu i spotkać się z bliskimi. Spokojnie położyła się spać w jurcie pasterzy. Umarła tej samej nocy.

- 20 czerwca, w roku żmii - mówi ponuro szanowny Mongusz Borachowicz Kenin-Łopsan.

Niedawno

- Miałam cztery lata, kiedy wszyscy się dowiedzieli, że będę szamanką - mówi Ajczurek.

To znaczy, że musiało to być w 1962 roku.

- Byłam normalnym dzieckiem, ale bawiłam się tylko z wichrami. One są bardzo dobre, bardzo wesołe. Ja cały czas byłam z nimi, one mnie formowały. A w mojej wiosce mężczyźni jeździli pracować w tajdze, drwale, i wichry zawsze wiedziały, dokąd oni jadą, jak psy koło nich latały i wszystko mi mówiły. I kiedyś ludzie mieli jechać w las na traktorze, tylko już złe wiatry na nim siedzą, a ja mam widzenie, to biegnę, płaczę, krzyczę, rzucam się pod koła, żeby nie jechali, bo już nie wrócą. Nie jedźcie z tymi złymi wiatrami!

- Posłuchali?

- Nie. Przyszła mama, zabrała mnie. Nakrzyczała, że tak nie wolno mówić. Pojechali w tajgę, traktor runął w przepaść i pięciu mężczyzn zginęło. Ja latałam z wichrami, ale ludzie ich nie widzieli. One mi wszystko powiedziały w moim widzeniu.

- No i co potem?

- Zabrali mnie do zakładu psychiatrycznego. Lekarze mówili, że mam epilepsję i schizofrenię.


- Wy ją nazywacie szamańską chorobą.

- Tak. Prawie 30 lat żyłam na przemian w szpitalach albo sama w górach, koło mojego szamańskiego drzewa. Lekarze nie pozwalali mi na dzieci, bo będą takie jak ja, z epilepsją i szamańską chorobą, ale ja musiałam. Zaszłam w ciążę, ale zrobiłam odpowiednie obrzędy, składałam ofiary i dużo się modliłam. Syn uczy się teraz w najlepszej szkole w Kyzyle. Jedenasta klasa matematyczno-fizyczna. I nie ma naszej choroby. I moje też przeszły, kiedy urodziłam.

- Czego boi się szaman? - pytam.

- Duchów i swojej szamańskiej choroby. Dopiero po niej zostaje silnym szamanem. Po chorobie, ale strach zostaje.

- Przed czym?

- Przed wizjami. Bo widzę, co czeka ludzi, a także co złego przeżyli i mają w duszy. To jak ciągłe oglądanie strasznych filmów. Można od tego zwariować. A jak się ma cztery-pięć lat? I widzisz wojnę, strach, łagry, śmierć, obrazy, których nie rozumiesz. Dusza od tego ucieka i zamykają cię w psychuszce.

Niebiosa

Ajczurek jest najpotężniejszą szamanką w Tuwie, szefową Religijnej Wspólnoty "Tos-Deer", co znaczy Dziewięć Niebios. Leczy ludzi trawami, korzeniami i szamańskim, tak zwanym dzikim masażem. Nikt jej tego nie uczył. Wszystko wie od urodzenia. Ale zwykłymi chorobami, infekcjami się nie zajmuje. Z całej Rosji przywożą do niej wyłącznie trudne przypadki. Dziko agresywnych szaleńców, ludzi sparaliżowanych, w śpiączce i chorych psychicznie.

Jedzie z nimi do potężnych miejsc, do swojego szamańskiego drzewa, do jaskini Urgalak, źródła Arżan, nad święte słone jezioro.

- Oni potrzebują siły, bo miasto to bardzo trudna przestrzeń. Opowiadam im o duchach, wichrach i szukamy siły. Już samo miejsce ją daje i leczy.

- Wiem, że tak samo walczysz z nowotworami.

- Chory musi przestać brać chemię, bo od tego traci siły. Ja daję dużo dymu, gotuję mu pokrzywy i korę jodły do picia. Żeby odrosły mu włosy i odzyskał siłę.

- A ja tydzień nie mogłem się z tobą spotkać, bo chorowałaś na głupią grypę.

Na drogę Ajczurek daje mi amulet z trzema bardzo silnymi kamieniami w szmacianym zawiniątku. Kamienie pochodzą z trzech bardzo silnych miejsc i mają mnie strzec przed dużym żelazem, klątwami i czarami, nawet tymi, które rzucają źli szamani i Cyganie. Tak mówi Ajczurek.

- I wcale nie przeszkadza, że na szyi będziesz miał blaszkę ze swoim Bogiem - mówi. - Szamański talizman niczemu nie przeszkadza.

Dostałem też mały eren, śliczną drewnianą laleczkę z kamykiem w środku, którą Ajczurek sama zrobiła. Trzeba grzechotać, kiedy jest bardzo źle.

W domu nazywamy ją "małą szamanką". Okazało się, że to jedyne lekarstwo, kiedy Oleśce, mojej córce, ból rozrywa głowę. Poważnie.

Ostatnio

- Dlaczego wpuszczacie szamanów do szpitala - pytam doktora Ołaga Danowicza, anestezjologa z tuwińskiego szpitala dziecięcego.

- Bo leczą duszę. A ja tylko ciało. Mogą się modlić, kadzić, bębnić, śpiewać, ale pilnujemy, żeby nie dawali żadnych lekarstw. Wiem na sto procent, że jak stan jest ciężki, potrzebny jest na przykład chirurg, to żadna medycyna ludowa nie pomoże. Bywają skuteczni przy chorobach chronicznych i przewlekłych, czasem nawet onkologicznych, ale najbardziej się przydają w sytuacjach, kiedy potrzebny jest psychoterapeuta. Często widzę u nas w szpitalu ogromną kolejkę pacjentów i wiem, że połowę z nich należałoby wysłać do psychiatry, ale w Tuwie go nie ma. Psychoterapeutów zresztą też, to niech już lepiej idą do szamana, buddyjskiego lamy albo babuszki, co leczy ziołami.


- Macie też w mieście magistra kosmoenergoterapeutę i Kirgiza, który leczy Koranem.

- Też mogą być. Wielu zdrowych fizycznie ludzi ma problemy psychiczne i wymyśloną chorobę - mówi doktor Ołag. - Wtedy ciało zaczyna nawalać. Takie choroby szaman może wyleczyć.

- Ale matka, która na pański oddział przyprowadziła szamankę do chłopca z rakiem żołądka, wierzyła, że ona zrobi to, czego wy nie mogliście.

- Przecież obaj wiemy, że to dziecko nie wyzdrowieje. Ale może rodzicom będzie lżej na duszy? Taka tuwińska psychoterapia. A możliwe, że po rodzicach i dziecku się poprawi.

- Wiara ich leczy, nie szaman.

- Na jedno wychodzi.

Trans

W Miejskiej Organizacji Religijnej "Tengeri", co znaczy "Raj", trwają uroczystości związane z Nowym Rokiem. Kilkanaścioro szamanów i szamanek siedzi w grupie i chórem monotonnie ni to śpiewa, ni recytuje, raczej krzyczy chrapliwymi, nieprzyjemnymi dla ucha głosami. W małym pomieszczeniu tłoczy się także w nieopisanym ścisku kilkudziesięciu wyznawców. Na stolikach przed szamanami składają dary. Papierosy, wódkę i mleko w kartonach, ciastka na talerzach, masło na wagę w foliowych workach, miód, sadło i mleko skondensowane w słoikach.

Nagle wszyscy cichną i słychać tylko jednego szamana, a potem znowu przechodzą do chóralnego śpiewu, tym razem bardzo pięknego, tęsknego, powietrznego i przepaścistego, który z trudem utrzymuje się w ścianach, niemal rozsadza chałupę, podnosi dach i ulatuje.

Jeden z szamanów upada na podłogę. Inni podnoszą go i stawiają na nogi. Twarz zasłonięta firanką z dziesiątków warkoczyków, więc tylko momentami widzę wykrzywione, spienione usta, z których po brodzie obficie spływa gęsta ślina.

Dają mu wódki. Szaman pije i pluje, zaczyna się miotać, rzucać po pomieszczeniu, wrzeszczy, gniewa się i złości jak rozkapryszone dziecko albo zdziecinniały staruszek. Ale nie jest stary, chociaż nogi i plecy wygięły się w pałąki, ręce zaczęły trząść, a głos skrzypieć.

Szaman jest w transie, a więc jest Angunem, duchem, którego w siebie zapuścił. Duchem jego przodka, bardzo starego szamana, który umarł przed prawie dwustu laty. Ludzie padają na kolana i w takiej pozycji podchodzą do Anguna. Każdy pyta o swoje sprawy, o dzieci, pieniądze, przyszłość, zdrowie. Duch wie wszystko. Odpowiada, a inny szaman zapisuje słowa Anguna.

Także podszedłem, ale z aparatem, i straciłbym go razem z zębami, bo Angun przestraszył się mnie i wymierzył potężny cios wielką laską z głową smoka. Pewnie myślał, że celuję do niego z karabinu, tłumaczą inni szamani. Nigdy nie widział aparatu fotograficznego.

Podobno niewiele brakowało, a porwałby mi duszę.

Wycofałem się i czytam krótki wykład przyklejony do ściany. Najciekawszy jest fragment o szamańskiej chorobie. Zaczyna się, kiedy duchy dają wybranemu przez siebie człowiekowi znać, że ma zostać szamanem, a ten się opiera. Duchy go łamią, zsyłają na niego wszystkie nieszczęścia, klęski i choroby. Najczęściej psychiczne i alkoholizm. Człowiek traci majątek, pracę i rodzinę. Umierają jego bliscy, a na końcu on sam.

Klątwa

Wiktor Darżewicz Cydypow miał 30 lat, kiedy w 1984 roku napadli go bandyci i żelaznym drągiem rozbili mu głowę. Samolotem poleciał na operację do Moskwy, ale się nie udała i lekarze powiedzieli, że musi umrzeć.

- Nie poddałem się - mówi. - W 15 lat cały były Związek

Radziecki zjeździłem za najlepszymi szpitalami i lekarzami. Nic nie pomogli. Miałem prawidłowe wyniki badań, nawet neurologicznych i tomografii komputerowej mózgu, ale nie mogłem stać, bo się przewracałem. Chodziłem na czworakach, a po dziesięciu metrach mdlałem z bólu i zmęczenia.

Potem był u wszystkich sławnych mnichów, lamów, znachorów, cudotwórców, szamanów i energoterapeutów, od których roi się w Rosji. Był nawet u Kaszpirowskiego. Ale ciągle gasł.


- W tym czasie na raka umarli mój ojciec, wujek, rodzony brat Sasza i brat cioteczny - opowiada Wiktor. - A Lowka umarł na zapalenie opon mózgowych, bo złapał kleszcza. Niby jakim cudem?! To było w lutym, kiedy nie ma kleszczy! Losza i Miszka zginęli w wypadku, a ostatni Serioga od żelaza. Miałem pięciu braci, a zostały tylko dziewczyny, paru dziadków i ja.

- Jak to od żelaza?

- Od kuli.

- Znowu bandyci? - dopytuję.

- Nie. Przecież wojnę mieliś-my. Czeczenia.

W 1999 roku zawieźli Wiktora do bardzo potężnego mongolskiego szamana. On zapuścił w siebie Anguna, który powiedział, że to szamańska choroba, klątwa przodka Wiktora. Wybrał go i chce, żeby został szamanem.

- Ale dlaczego nie wybrał Lowki?! - woła Wiktor. - On humanista, pisał książki i wiersze, to bardziej by się nadawał do życia z duchami, a ja inżynier mechanik, konkretny człowiek, co do wypadku ani razu nie był w cerkwi ani w buddyjskim dacanie.

- To można powiedzieć, że twój przodek wymordował ci całą rodzinę.

- Tak. Żebym został szamanem. Takich ludzi jak ja na świecie są tysiące. Połowa tych, którzy zaludniają wszystkie szpitale psychiatryczne.

Anioł

Następnego dnia noworocznych uroczystości Angun wchodzi w ciało Wiktora. Kiedy je opuszcza, szaman jak zwykle nie pamięta, co się z nim w tym czasie działo. Siedzi skrajnie wyczerpany w swoim starym fotelu, pije ohydną mongolską herbatę z mlekiem, solą i tłuszczem i jeszcze kilka minut jedną nogą jest w świecie duchów. Więcej widzi przez chwilę, więcej słyszy i czuje.

- A wiesz - zagaduje mnie słabym głosem - że twój anioł stróż to kobieta?

- Skąd wiesz!?

- Widzę ją. Bardzo rzadko mężczyzną opiekuje się kobieta. To chyba ktoś z twojej rodziny. Pewnie twoja babcia.

- Która?

- Bo ja wiem? Przecież nie znam twoich babek.

- Jak wygląda? - dopytuję.

- Ma taki... U nas kobiety tego nie robią. Splecione włosy.

- Warkocz! Długi, gruby! Babcia Irena. Umarła osiem lat przed moim urodzeniem. Co teraz robi?

- Uśmiecha się. Słyszy nas przecież. Ale chyba umierała z raną w sercu. Ciekawe dlaczego ciebie wybrała?


- No dlaczego? - pytam szamana.

- Ja mam to wiedzieć?


Jacek Hugo-Bader